Felieton autorstwa Damiana Kossakowskiego, który w 12.09.2018 pojawił się na stronie wei.org.pl

Zima 2018 roku była wyjątkowo mroźna, lecz nie zabrakło w niej szczególnie gorących akcentów. Jednym z nich był protest lekarzy rezydentów w celu polepszenia swojej sytuacji materialnej oraz funkcjonowania służby zdrowia. Finalnie Porozumienie Lekarzy osiągnęło porozumienie z Rządem, a zapisy tego dokumentu znalazły się w tzw. ustawie „6% PKB”, która niedawno weszła w życie. Na niewiele zdała się oczerniająca propaganda TVP, gdyż społeczeństwo stanęło po stronie lekarzy. Problem leży w tym, że przestarzałość i niewydolność scentralizowanego systemu NFZ prędzej czy później doprowadzi do kolejnego kryzysu w służbie zdrowia.

PRZYCHODZI POLSKA DO LEKARZA

A lekarza nie ma. Tak by przynajmniej wynikało z oficjalnych statystyk OECD. W Polsce na 1000 mieszkańców przypada ledwie 2,3 lekarza w czynnej służbie publicznej. Uwzględniając wszystkich uprawnionych do wykonywania zawodów medycznych, współczynnik ten rośnie do 3,5/1000. To wciąż najmniej ze wszystkich krajów UE, wyprzedzają nas również inne kraje dawnego bloku wschodniego (np. Węgry- 3,1/1000 w sektorze publicznym). Tym bardziej należy zganić głupotę rządu PiS, iż szedł w zaparte i proponował lekarzom, żeby wyjechali. Aparat obecnej władzy z chęcią i przekonaniem wypędzał z Polski „bogackich” lekarzy jak wrogów ludowej rewolucji. Służba zdrowia to system naczyń połączonych, niedobory kadrowe przekładają się na to, co wszyscy dobrze znamy z opowieści naszych krewnych- na operację zaćmy trzeba czekać 464 dni, a wymianę stawu biodrowego 405 dni. Kolejki są rekordowo w skali świata zachodniego długie, a lekarze by zapewnić jakiekolwiek funkcjonowanie szpitalom wyrażali zgodę na ciężką pracę na długo po godzinach zgodnie z tzw. klauzulą opt-out. Nowe zmiany w ustawie, choć polepszają sytuację lekarzy rezydentów, wciąż nie zagwarantują im rozwiązań, które skutecznie i długoterminowo zapewnią godne zarobki oraz sprawną opiekę lekarską.

ZMIANY W USTAWIE „6% PKB”

Propozycja rezydentów, którą wywalczyli, polegała na zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia do wysokości 6% PKB, co jest według WHO progiem minimum jakie państwo powinno przeznaczać, by zapewnić standard funkcjonowaniu opieki medycznej. W roku obecnym finansowanie wynosi 4,78% PKB, w roku 2019 będzie to 4,86%. 6% zostanie osiągnięte dopiero w 2024 roku. Inne zmiany, jakie niesie za sobą ustawa, to między innymi podwyżki dla lekarzy rezydentów- lekarz rozpoczynający rezydenturę będzie mógł liczyć na zarobki na poziomie 4000 zł brutto, a w specjalizacji uznanej za priorytetową 4700 zł brutto. Podwyżka nastąpi na trzecim roku specjalizacji- lekarze rezydenci będą mogli liczyć na 4500 zł brutto w specjalizacji „zwykłej”, w priorytetowej- 5300 zł brutto. Dodatkowo przewidziana jest wypłata tzw. bonu patriotycznego w wysokości odpowiednio 600 zł albo 700 zł zależnie od spełnienia warunku przepracowania 2 lat w Polsce z 5 lat po ukończeniu specjalizacji. Postanowienia, które weszły w życie, wyglądają bardziej na przypudrowanie problemu i odsunięcie widma dalszych protestów na później, aniżeli na konkretną reformę. Problem tkwi w sposobie finansowania służby zdrowia ze środków publicznych przy nikłym udziale środków prywatnych
i dominacji państwa w sferze usług medycznych. Jeśli minister Łukasz Szumowski podziela stanowisko swojego poprzednika, iż do kryzysu doprowadziło „zbyt dużo wolnego rynku w służbie zdrowia”, to na pogłębienie się kryzysowej sytuacji w szpitalach i innych placówkach leczniczych nie będzie trzeba długo czekać.

JAK WYLECZYĆ SYSTEM

Na słowo „prywatyzacja” w kontekście służby zdrowia histerycznie reagują środowiska lewicowe. Kanadyjczyk lub Brytyjczyk z dumą powie o tym, iż jego kraj gwarantuje „free healthcare” a bez tego ludzie będą umierać na ulicach. Wolny rynek broni się jednak twardymi liczbami i faktami mającymi swoje źródło w dalekiej Azji, konkretnie w Singapurze. Przy bardzo niskich wydatkach z budżetu (4% PKB), funkcjonuje tam służba zdrowia oparta o prywatne finansowanie i jest przy tym niesamowicie wydolna. Singapur nie jest jednak aż tak utopijną wizją kapitalizmu, lecz regulacje państwowe dotknęły innych sfer funkcjonowania opieki medycznej pozostawiając szeroki udział środkom prywatnym. I tak oto jednocześnie regulowana jest liczba łóżek w różnych szpitalnych klasach luksusu lub liczba studentów medycyny, a pokrycie leczenia z budżetu państwa jest znikome. W Singapurze funkcjonuje trójszczeblowy system pokrywania kosztów leczenia. Pierwszym szczeblem jest obligatoryjny Medisave, fundusz z indywidualnymi kontami, na które każdy Singapurczyk odkłada od 6,5% do 9% swoich zarobków oraz na przykład może z łatwością zarządzać swoimi wpłatami
i pieniędzmi przez internet. Na Medisave można odłożyć ok. 110 tys. zł. Drugim szczeblem jest z kolei dobrowolne ubezpieczenie MediShield, podobnie jak poprzedni, będący funduszem w rękach państwa, ale w pełni zindywidualizowanym gdzie wpłata nie wpada do „wielkiego wspólnego wora”, lecz trafia na konto oszczędzającego. Składka jest bardzo niska co zachęciło blisko 90% Singapurczyków do skorzystania z niego (między 80 zł dla nastolatków do 900 zł w skali roku dla osób +60 lat). MediShield gwarantuje wypłatę dodatkowych 120 000 zł rocznie, a w skali całego życia nawet 500 000 zł na leczenie. Dopiero jeśli koszty świadczenia medycznego przewyższają sumę wypłat z Medisave i MediShield, na wniosek obywatela, państwo dokłada do leczenia. Innym ciekawym rozwiązaniem jest rozróżnienie klas luksusu w szpitalach. Państwo dotuje wieloosobowe sale ze wspólną łazienką, podczas gdy ze środków prywatnych można zapewnić sobie takie udogodnienia jak więcej prywatności czy swobodny wybór lekarza prowadzącego. Efekt? Wraz ze wzrostem dobrobytu w Singapurze, więcej osób pozwala sobie na opłacenie samodzielne bardziej komfortowego pobytu w szpitalu, a budżet dokłada mniej. Inicjatywa prywatna funkcjonuje w niewielkim stopniu, wykonując ledwie 20% wszystkich świadczeń zdrowotnych w Singapurze, działając poniekąd w „inkubatorze” pod ścisłą obserwacją, ale od której wzorce czerpią urzędnicy i specjaliści zatrudnieni publicznie, odpowiedzialni za zarządzanie pieniędzmi powierzonymi przez Singapurczyków na kontach ubezpieczycieli.

„Mechanizmami pozwalającymi na najbardziej efektywne (oszczędne) wydawanie środków publicznych są mechanizmy rynkowe: konkurencji, wolnego wyboru, działania dla zysku, prywatyzacji, wolnej przedsiębiorczości. Trzeba je wprowadzić tak szeroko jak to tylko możliwe.”
Ten cytat nie pochodzi z żadnej witryny rządowej Singapuru, lecz to już fragment „racjonalnego systemu opieki zdrowotnej” opracowanego przez OZZL. Co prawda w efekcie porozumienia OZZL z Rządem nie doczekaliśmy się wprowadzenia rynkowych reform, wciąż są one oficjalnym stanowiskiem środowiska lekarskiego na poprawę sytuacji opieki medycznej w Polsce. W ramach programu OZZL możemy znaleźć m.in. zapisy o rozbiciu NFZ, demonopolizacji i urynkowieniu funduszy zdrowotnych, do których pacjent według własnych preferencji kierowałby swój bon zdrowotny pokrywany przez państwo w ramach częściowej refundacji usług medycznych wraz z innymi środkami prywatnymi. Fundusze miałyby funkcjonować jako spółki kapitałowe. Placówki medyczne funkcjonowałyby w ramach funduszy i poddane byłyby wszelkim prawom rynku, a każdy świadczeniodawca mógłby samodzielnie ustalać ceny usług w jego ofercie. Świadczenia zdrowotne byłby podzielone na trzy zbiory- pierwszy, obejmujący najbardziej skomplikowane zabiegi, jednocześnie niezbędne dla życia, ratownictwo medyczne, nieosiągalne finansowo dla przeciętnego obywatela, refundowane byłyby z budżetu w całości. Druga kategoria funkcjonowałaby w systemie mieszanym, częściowo refundowanym z częściowym wkładem prywatnym pokrywanym np. przez ubezpieczenie prywatne lub z indywidualnego konta u państwowego ubezpieczyciela. Trzecia kategoria obejmująca najmniej niezbędne usługi jak np. zabiegi estetyczne byłyby pokrywanego w największej części ze środków prywatnych przy niewielkiej dopłacie z budżetu państwa.

Są to jedne z niektórych rozwiązań OZZL, które mogłyby pozwolić wpuścić nieco wolnego rynku w państwowy system opieki zdrowotnej. Obecny scentralizowany system NFZ jest drastycznie niewydolny i nie gwarantuje nikomu skutecznego leczenia. To dlatego w Polsce już 2,5 mln osób korzysta z ubezpieczeń prywatnych opłacając jednocześnie składkę NFZ dokładając na przykład do towarzyskich wizyt u lekarzy. Reforma tego systemu z uwzględnieniem postulatów wolnorynkowych powinna być priorytetem zarówno dla lekarzy rezydentów, którzy wtedy mogliby liczyć na wyższe zarobki bez wychodzenia na ulice oraz dla państwa, które mogłoby odciążyć budżet określaną w Singapurze „spiralą nieskończonych kosztów”. Wśród trudności jakie OZZL przewiduje przy wprowadzaniu reformy zostało wymienione społeczne uprzedzenie do prywatyzacji szpitali. Zmienna jak wiatr opinia publiczna, podbudowana mitami o wspaniałości publicznej opieki zdrowotnej może stanowić trudną do rozbicia zaporę trzymającą się na populizmie polityków, którzy pod publikę będą oferować złote góry w ramach NFZ. Dla dobra ogółu potrzebne jest więc uświadamianie społeczeństwa, odwaga do głoszenia postulatów rynkowej reformy i zwycięstwo zdrowego rozsądku.