Data publikacji: 4 stycznia 2026 roku
Mateusz Pawłowski
Na początek odnosząc się do tytułu należałoby zadać pytanie: Czy jest w ogóle sens poruszać temat tak usilnie wałkowany w Wolnej Polsce od czasu upadku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej? Nie milkną echa pechowego dla pewnego stronnictwa politycznego wywiadu przeprowadzonego 27 listopada 2019 roku (czyli de facto ledwie 6 lat temu co w szerszej perspektywie jaką jest polityka tak sejmowa jak i historyczna jest bardzo krótkim okresem) na antenie tego znienawidzonego przez wszystkich liberałów (przeze mnie swoją drogą też) TVP w programie prowadzonym przez Michała Adamczyka gdzie jako gość został zaproszony nie kto inny jak sławetny (może lepiej byłoby powiedzieć NIE - sławetny) Włodzimierz Czarzasty. Dla tych, którzy nie wiedzą były członek PZPR - tak wiem czepiam się, ale akurat w tym kontekście jest to dosyć istotna informacja. Tematyka programu emitowanego w telewizji oscylowała wokół zagadnień związanych z historią 2 Wojny Światowej. Po pytaniu redaktora, które było związane z końcówką owego konfliktu a konkretnie wkroczenia Armii Czerwonej na ziemie Polski padło z ust Czarzastego stwierdzenie cyt. "Armia Czerwona wyzwoliła Polskę". Przyznam się szczerze, że o ile prywatnie jestem bardzo spokojnym człowiekiem o tyle w tamtej chwili miałem ochotę wziąć telewizor i wyrzucić go przez okno. Po tym jak opadły mi trochę emocje zrobiło mi się po prostu smutno. 30 lat Wolnej Polski a ludzie potrafią wygłaszać publicznie takie androny. Może nie miałbym z tym takiego problemu gdyby tego typu bajduły wygłaszało jakieś dziecko z podstawówki, które z definicji jeszcze nie może być wyedukowane w tym temacie, ale koniec końców mówi to polityk a konkretnie poseł na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, czyli de facto osoba pośrednio rządząca tym krajem. Sytuacja ta nie stanowi nawet preludium do serii gaf maści wszelakiej, których to dopuszczają się, z trudem przechodzi mi przez gardło to określenie, polscy politycy. Faktem jest oczywiście to, iż tacy ludzie jak Pan Czarzasty zostali tu zainstalowani przez wspomnianego okupanta ze wschodu (a jeżeli miałbym być tutaj bardziej dokładny to zapisali się do partii, która została zainstalowana do naszego kraju przez owych najeźdźców). Dlatego też postanowiłem napisać ten artykuł aby przybliżyć gawiedzi jak to naprawdę było aby już nikt nie wcisnął swej nachalnej propagandy w nasze umysły.
Nasze rozważania musimy zacząć od faktu, iż podczas 2 Wojny Światowej Polska czyli w tamtych czasach II Rzeczpospolita po niemal 21 latach od odzyskania niepodległości znów została najechana przez swoich sąsiadów. Chyba każdy zna datę 1 września 1939 roku. To właśnie wtedy najechana nas III Rzesza Niemiecka. Nie był to jednak koniec naszej agonii, gdyż 17 września zaatakowało nas jeszcze inne państwo. O owym ataku wspomniany już Pan Czarzasty chyba woli nie pamiętać. No więc spieszę z pomocą Panu Czarzastemu (zakładając, że jakimś cudem będzie on ten artykuł czytał w co wątpię). No więc 17 września zaatakował nas ZSRR. (Warto tutaj nadmienić, że od strony zachodniej zaatakowali nas jeszcze Słowacy). Bolszewicy zaatakowali nas od wschodu pod pretekstem ochrony obywateli tzw. "Zachodniej Ukrainy" i "Zachodniej Białorusi". W taki sposób Józef Stalin określił polskie "Kresy Wschodnie". Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich zrobił to realizując założenia tzw. "Paktu Ribbentrop-Mołotow", który zakładał de facto sojusz ZSRR z III Rzeszą. Oba te państwa nas podbiły i ustanowiły wspólną granicę. Sojusz owych państw nie trwał jednak zbyt długo gdyż już 22 czerwca 1941 roku Adolf Hitler postanowił zaatakować ZSRR rozpoczynając w ten sposób operację o kryptonimie "Barbarossa". Zapoczątkowało to długi okres zmagań dwóch mocarstw, który w historiografii rosyjskiej określany jest mianem "Wielkiej Wojny Ojczyźnianej". Konflikt ten trwał do zakończenia 2 Wojny Światowej w Europie czyli do maja 1945 roku. Zanim Sowieci zdobyli Berlin musieli przejść przez terytoria okupowane przez III Rzeszę, czyli między innymi przez Polskę. I tu mówiąc poetycko zaczyna się nasza opowieść.
Armia Czerwona przekroczyła dawną polsko-sowiecką granicę w nocy z 3 na 4 stycznia 1944 roku w rejonie miasteczka Rokitno w dawnym województwie wołyńskim. Były to oddziały 1. Frontu Ukraińskiego generała Nikołaja Watutina przeprowadzające wówczas operację o kryptonimie "Bagration". Przeprowadzona z ogromnym rozmachem operacja przyczyniła się do odbicia dużych połaci Rzeczpospolitej z rąk Niemców. Polskie oddziały realizujące założenia planu "Burza" miały wystąpić w roli gospodarzy wobec wkraczających czerwonoarmistów. 23 lipca moskiewskie radio podało, że w wyzwolonym Chełmie został przygotowany i ogłoszony Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego - zależnego od Stalina marionetkowego rządu Polski. W ten sposób sowiecki dyktator mógł powoli wprowadzać w "wyzwalanej" Polsce swoje rządy. Na tym etapie przypomnę znanym wszystkim Polakom fakt dotyczący Powstania Warszawskiego, które jak wszyscy wiemy wybuchło 1 sierpnia 1944 roku. Otóż w trakcie trwania patriotycznego zrywu Armia Czerwona, która zbliżyła się do naszej stolicy postanowiła się mówić kolokwialnie "przeczekać", po to aby zgromadzone w mieście wojska Armii Krajowej oraz Narodowych Sił Zbrojnych wykrwawiły się w walce z Niemcami. Znacząco uszczuplone oddziały Polskiego Państwa Podziemnego nie były w stanie w żaden sposób zagrozić potężnej radzieckiej armii. Ruiny zniszczonej Warszawy zostały zajęte 17 stycznia 1945 roku. Warto tutaj nadmienić że wiele polskich oddziałów złożonych z żołnierzy AK oraz NSZ było przez Sowietów eliminowanych i to nawet od razu po wspólnych potyczkach przeciwko Niemcom, w których to polskie oddziały występowały de facto jako sojusznicy. Pod koniec stycznia Armia Czerwona dotarła do Odry.
Opisując te wydarzenia należy mieć na uwadze, iż Polacy nie dawali sobie do końca sprawy jakie męki sprowadzi na nich ten rzekomy "wyzwoliciel". Bal w niektórych miejscowościach i wsiach faktycznie witano czerwonoarmistów kwiatami. Jednak należy nadmienić tutaj, iż było to wynikiem straszliwej niemieckiej okupacji, której echa zagłuszyły nadchodzące zagrożenie. Ludzi nie interesowało wtedy to, że ratuje ich de facto nie dawny okupant połowy ich kraju, czyli Niemcy zostali wypędzeni. Polacy, zdruzgotani latami niemieckiej okupacji, wyczekiwali wolności. Strach wyparło poczucie ulgi. 18 stycznia 1945 roku Sowieci wkroczyli do Ozorkowa. Całe miasto wyszło na ulice przywitać swoich wyzwolicieli. Jak relacjonował jeden z mieszkańców - "Radosnych powitań nie sposób opisać. Całe miasto wyległo w Aleje Piłsudskiego. Wiwatom i powitalnym okrzykom nie było końca". W kontrze do tego co napisałem wcześniej odnośnie aresztowań żołnierzy AK i NSZ przez Sowietów należy zwrócić uwagę na fakt, iż początkowo radzieccy żołnierze byli pokojowo nastawieni do żołnierzy polskiego państwa podziemnego - przynajmniej z pozoru. Dochodziło nawet do tego, że tworzono wspólne polsko-sowieckie patrole. Pozytywne reakcje Polaków na widok spotykając na swoim szlaku Polaków opisywał, iż czekali oni na Armię Czerwoną "jak na Boga". Entuzjazm nie był jednak powszechny. Do "oswobodzicieli" podchodzili z dużą rezerwą głównie żołnierze AK szczególnie ci, do których dotarły informacje o aresztowaniach polskich żołnierzy. Zachowały się relacje warszawiaków takich jak Marian Burzyński, którzy pamiętali napaść ZSRR z 17 września 1939 roku. Jednak euforia częstokroć brała górę nad racjonalnym myśleniem. Mieszkańcy miast i wsi woleli cieszyć się wyzwoleniem spod jarzma niemieckiej okupacji gdyż rany jakie ona po sobie pozostawiła były świeże i jeszcze krwawiące natomiast świadomość bolszewickich zbrodni dokonanych na członkach elity narodowej oraz zwykłych Polakach wydawała się mgliste i niewyraźne.
Z chwilą odbicia przez Armię Czerwoną znacznych połaci naszego kraju wojsko zaczęło tworzyć na tych obszarach swoją administrację, której bezpośrednią emanacją były tzw. "komendantury wojenne". Ich oficjalnym zadaniem było zaopatrzenie oddziałów idących na Berlin w żywność i amunicję, unormowanie życia mieszkańców oraz zabezpieczenie tyłów frontu przed dywersantami, sabotażem i szpiegostwem. Szybko jednak okazało się, że zaczęły one wypływać żołnierzy polskiego niepodległościowego ruchu oporu. Same komendantury miały szeroki zakres uprawnień i często wpływały one na polityczny kształt lokalnych władz oraz administracji. Swój bogaty wachlarz możliwości wykorzystywały one często do wypływania zwykłych Polaków oraz żołnierzy podziemia antykomunistycznego, którzy byli kierowani od razu w ręce bezpieki. Nieraz zdarzało się, że komendanci wydawali rozkaz otwarcia ognia do Polaków, którzy buntowali się przeciwko nowej władzy. Powstawały wtedy formacje, które później stały się wręcz wizytówką władzy ludowej. Mowa tutaj oczywiście o sławetnej Milicji Obywatelskiej czy Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego. Powoli i stopniowo zachowanie radzieckich żołnierzy wobec Polaków zaczęło zmieniać się na gorsze i zaczęło przypominać to, z którym ludność polska miała do czynienia podczas wojny polsko-bolszewickiej z lat 1919-1921. Rozpoczęły się gwałty, podpalenia budynków, mordy oraz rozkradanie majątków. Na Polaków został wylany kubeł zimnej wody gdyż zaczęli oni rozumieć, iż Armia Czerwona wcale nie przybyła by ich wyzwolić tylko po to by zniewolić i podbić.
Ciekawostką jest to, iż owo działanie mające na celu podbicie i zniewolenie obcego narodu jest wpisane w samą doktrynę komunizmu gdyż zarówno Karol Marks jak i Włodzimierz Lenin twierdzili, iż państwo, w którym panuje ustrój komunistyczny nie może być otoczone przez państwa kapitalistyczne. Bezpośrednim wnioskiem jaki wyciągnęli radzieccy komuniści było to iż Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich aby móc egzystować w spokoju musi podbijać narody sąsiednie, w których nie została zaprowadzona dyktatura proletariatu. Dlatego zawsze Armia Czerwona zaraz po podbiciu nowego terytorium niemalże od razu zaprowadzała na nim swoją administrację oraz swój porządek podyktowany ideałami zaczerpniętymi z marksizmu-leninizmu. Głównym celem tego typu działań była zmiana struktury społecznej podbitego regionu poprzez fizyczną eksterminację tzw. klas uprzywilejowanych bądź masowe odbieranie majątków co zamożniejszym ludziom. Rosjanie oraz ludy, które z nimi przybyły z dalekiej Azji nie rozumiały kultury oraz zwyczajów zachodniej cywilizacji. Teoretycznie można by było stwierdzić, iż ludy, które są w pewnym stopniu z nami spokrewnione gdyż zarówno Polacy jak i Rosjanie należą do jednej rodziny narodów słowiańskich nie będą aż tak agresywnie nastawione do naszych zwyczajów. Mimo to musimy wiedzieć iż komunizm jako ideologia miał bardzo destrukcyjny wpływ na kulturę narodową państwa, w którym się rozwija gdyż jest on bardzo kosmopolityczną uzurpacją interes narodowy jako wtórny w stosunku do interesu formacji klasowej (dany obszar. Efektem tego był fakt, iż dla klasowego klasy robotniczej zamieszkującej dany obszar. Efektem tego był fakt, iż dla bolszewików jakakolwiek kultura nieważne czy łacińska czy wschodnia była formacją, którą należy zanihilować w zarodku. Bolszewicy sołdaci plądrowali biblioteki oraz palili książki. Niszczyli oni dzieła kultury oraz sztukę, których istnienie uważali za przejaw "burżuazyjnego porządku społecznego". Swój gniew skierowali oni również na kościół, który z perspektywy nauki marksizmu-leninizmu przyczyniał się do ogłupiania mas. Zachowało się wiele zeznań świadków opisujących to w jaki brutalny sposób żołnierze ze wschodu mordowali przedstawicieli polskiego stanu duchownego. Należy również pochylić się nad losem prostego obywatela, gdyż i ten nie był najszczęśliwszy. Na sam początek aby móc zająć się tym wątkiem musimy zdać sobie sprawę, iż walcząca na froncie armia potrzebuje wręcz gargantuicznych ilości wszelkiej maści zasobów od pożywienia po paliwo. W jaki sposób Rosjanie i ludy im podległe zdobywali je po drodze? Sprawa jest wręcz trywialna – po prostu najeżdżali oni pobliskie wsie oraz miasteczka i w brutalny sposób rabowali oni miejscowe gospodarstwa oraz domy. Radzieccy żołnierze po prostu napadali daną wieś bądź miasteczko (a zdarzało się, że rabowali oni nawet bardzo okazałe i wielkie metropolie) i żądali od gospodarzy ich inwentarza. Jeżeli gospodarz odmówił marny był jego los gdyż najczęściej go mordowano w brutalny sposób oraz gwałcono a następnie mordowano jego żonę. Dzieci również nie oszczędzano. Paradoksem oraz swego rodzaju chichotem historii jest fakt, iż opisane przeze mnie mordy oraz grabieże były dokonywane na chłopstwie oraz niższych warstwach społecznych czyli grupie, której to Armia Czerwona podłóg swojej ideologii miała nieść wyzwolenie.
Czerwonoarmiści bardzo często potrafili w niewielkich oddziałach przechadzać się po miastach i rabować każdego kto się napatoczył. W pamięci ludzi z tamtych lat zapadła bardzo często spotykana na ulicach miast sytuacja, w której to radziecki "sołdat" zatrzymuje losowego przechodnia i mierząc do niego ze swojej pepeszy wydaje mu komendę "dawaj czasy" czyli w wolnym tłumaczeniu "dawaj zegarek". Ciekawym faktem jest to, iż żołnierze Armii Czerwonej traktowali owe zegarki tylko i wyłącznie jako biżuterię nieużytkową. Aby lepiej zobrazować o co mi chodzi przytoczę opis mieszkańca polskiego miasta, który idąc ulicą widywał żołnierzy Armii Czerwonej, którzy na jednej ręce potrafili nosić po siedem zegarków. Opisana sytuacja rzuca pewne światło na to jak bardzo zacofanym pod względem rozwoju technologicznego państwem był Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich skoro prosty obywatel żyjący w tym państwie nie wiedział nawet czym jest zegarek. Oczywiście wszelkie zegarki i inne czasomierze były produkowane w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, ale zazwyczaj w przypadku zegarka na rękę mógł sobie na niego pozwolić jedynie oficer a reszta z tego mitycznego tzw. ludu pracującego nie mogła sobie na niego pozwolić. Pamiętajmy, że w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich według oficjalnej narracji prosty lud robotniczo-chłopski miał być rzekomo klasą uprzywilejowaną. Cóż na papierze może i tak było ale w praktyce wiadomo, że jeżeli ktoś posiadał koneksje partyjne to mógł pozwolić sobie na więcej. Polacy byli traktowani przez swoich "wyzwolicieli" jak bydło. Zaczęły mnożyć się przypadki, w których to radziecki sztab dowodzenia wybierając sobie swoją siedzibę upatrując sobie losowo wybraną większą kamienicę w mieście uprzednio rozkazywał wyrzucić z niej wszystkich jej dotychczasowych mieszkańców nakazując im de facto koczować pod gołym niebem. Zdarzały się sytuacje kiedy to dowództwo danej armii nakazywało zgromadzić wszystkich Polaków z całego miasta w jednej specjalnie do tego wydzielonej dzielnicy tworząc w ten sposób coś na wzór getta podobnego do tych, które tworzyli Niemcy. W niektórych województwach lokalni komendanci nie zezwalali na osadnictwo polskiej ludności. W swej wręcz zwierzęcej nienawiści do Polaków władze sowieckie potrafiły wystugiwać się niemieckimi urzędnikami, którzy wcześniej administrowali tymi terenami podczas okupacji niemieckiej. Zdarzało się, że Rosjanie ponownie uruchamiali niemieckie obozy koncentracyjne uprzednio przez nich odbite i przemianowywali je na łagry po to aby nie musieć tracić czasu na budowę od podstaw nowego. Wojska radzieckie potrafiły rozkradać całe fabryki demontując ich oporządzenie, urządzenia przemysłowe oraz kable elektryczne. Bardzo częstym przypadkiem była kradzież torów kolejowych. Zaczęły się masowe aresztowania żołnierzy polskiego państwa podziemnego. Najbardziej opornych żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, Armii Krajowej czy też Batalionów Chłopskich mordowano na miejscu a znaczną część umieszczano w obozach. Popularnym zwyczajem praktykowanym przez sowietów szczególnie w zimę było zajmowanie czyjegoś domu przez na przykład piętnastu żołnierzy, którzy rozmieszczali się po wszystkich pokojach oraz pomieszczeniach gospodarskich i koczowali tam czekając złagodzenia pogody. Ciekawostką jest to, iż początkowo pro-radzieckie formacje takie jak Milicja Obywatelska miały z założenia chronić polską ludność przed tego typu pogwałceniem jej praw i wolności jednakże sobie z tym po prostu nie radziła. Mało tego nie dość, że sobie nie radziła to jej działania stanowiły idealne zaprzeczenie wartości, którym teoretycznie owa formacja miała służyć gdyż bardzo często członkowie Milicji Obywatelskiej, której członkowie bardzo często rekrutowali się spośród najgorszego ludzkiego ścierwa w postaci pospolitych morderców, złodziei i recydywistów sami raźno i ochoczo dokonywali mordów i rabunków na polakach. Powszechną plagą wśród żołnierzy ze wschodu było a jakże pijaństwo. Radzieccy żołnierze pod wpływem upojenia alkoholowego potrafili dokonywać jeszcze gorszych zbrodni niż opisane powyżej. Bardzo często okazywało się, że oddział złożony z kilkunastu Iwanów potrafił zrobić taką burdę podczas zorganizowanej przez siebie w pijackim amoku zabawy, że po zajętym przez nich lokalu zostały tylko obdrapane ściany gdyż całe jego oporządzenie i umeblowanie zostało zniszczone na skutek owej zakrapianej alkoholem swawoli. Dosyć szybko czerwoni zorientowali się, że jednym z najlepiej zaopatrzonych punktów w każdym mieście czy też na wsi był sklep. Efektem tego były masowe rabunki owych przybytków oraz mordowanie ich właścicieli na masową wręcz skalę. Owa skala napaści była tak duża i powszechna, że aż oddziały Milicji Obywatelskiej musiały bronić tych miejsc przed czerwonoarmistami. W pewnym momencie Rosjanie obrali sobie za cel kolej. Napady przeprowadzane przez czerwonoarmistów sprawiały, że Polska zaczęła przypominać "Dziki Zachód". Podróżni, którzy wysiadali z pociągów byli często napadani i ogałacani ze wszystkiego. Zdarzały się sytuacje, w których radzieccy żołnierze zabierali wysiadającym pasażerom nawet ubrania. Bandy sowieckich "sołdatów" dokonywały brutalnych napaści często pod wpływem alkoholu. Dochodziło do potyczek między oddziałami Milicji Obywatelskiej oraz żołnierzami Armii Czerwonej. Bolszewicki terror rozlewał się również na terytoriach niemieckich przyłączonych do Polski czyli tzw. "ziemiach odzyskanych". Mieszkańcy tych ziem pomimo, iż często mówili po polsku oraz byli Polakami z dziada i pradziada zostali przez czerwoną zarazę uznani za Niemców. Efektem były masowe mordy na tych ziemiach przeprowadzone przez Sowietów. Bandytym i rabunek był powszechny. Szczególnie widać to po zatrważającej ilości obrabowanych gospodarstw rolnych. W jednej ze wsi na Pomorzu Zachodnim Sowieci obrabowali dzieci idące do szkoły zabierając im ubrania. Całe majątki zaczęli tracić głównie ludzie eksponowani publicznie tacy jak sołtysi czy dyrektorzy szkół. Mordowano wysokich urzędników państwowych oraz bez żadnych skrupułów rabowano mieszkania należące do Polaków. Echem odbija się historia wiceprezydenta Gliwic Tadeusza Gruszczyńskiego, który został zamordowany przez bolszewika gdy chciał udaremnić włamanie do jednego z mieszkań. W tamtym okresie w żadnym polskim mieście nie można było czuć się bezpiecznie gdyż praktycznie bez przerwy na ulicach każdego z nich dochodziło do mordów, podpaleń, gwałtów i kradzieży. Towarzysze radzieccy bardzo szybko opracowali coś w rodzaju metody spalonej ziemi po kradzieży. Polegało to na tym, że obrabowane gospodarstwa natychmiast puszczano z dymem. Powszechne było palenie całych wsi zaraz po splądrowaniu. Krasnoarmiejcy obrabowywali nawet mieszkania funkcjonariuszy polskiej bezpieki. Czerwony terror doprowadził do tego, że wielu osadników z ziem odzyskanych zaczęło uciekać z zajmowanych terenów. O rozbestwieniu de facto nowego okupanta świadczy również fakt iż garnizony sowieckie lubuły wyzyskiwać okoliczną ludność np. poprzez nakaz dostarczania im kontyngentów wszelkiego rodzaju np. ryb lub zboża. W przypadku nie wywiązania się z tego obowiązku polskich gospodarzy i mieszkańców miast mogła czekać kara śmierci. Wyjątkowo okrutną zbrodnię popełnili żołnierze sowieccy pod koniec sierpnia 1945 roku w Wadągu pod Olsztynem. W bestialski sposób zamordowali tam rodzinę Trebalów, torturując ich przed śmiercią. Rodzicom czerwonoarmiści rozpruli brzuchy, a jedynemu synowi odcięli ręce. Była to prawdopodobnie zemsta za zbyt małą ilość dostarczanych ryb. Trebalowie bowiem zajmowali się rybołówstwem. Sowieccy czołgiści z kolei mieli tendencję do celowego rozjeżdżania swymi maszynami pancernymi przypadkowych ludzi, których akurat napotkali. W samym Szczecinie, w marcu 1946 roku kilkunastu bojców strażami zatrzymało tramwaj, obrabowało wszystkich pasażerów, a potem wzięło nogi za pas. Owa dzicz ze wschodu nie miała nawet skrupułów przed napadaniem i rabowaniem byłych więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych oraz robotników przymusowych. Znakiem czasów były powszechne gwałty na kobietach. Co ciekawe można dość ironicznie stwierdzić, iż bolszewicy byli niechlubnymi rekordzistami pod tym względem na tle ówczesnych armii. Można wręcz stwierdzić, że krasnoarmiejcy zrobili sobie z gwałtów na kobietach swoistą dyscyplinę sportową. Zdarzały się wręcz sytuacje, że sowieccy żołnierze organizowali coś na kształt zawodów w to kto zgwałci najwięcej kobiet w określonym czasie. O obmierzłych czynach sowieckich towarzyszy w krótkim czasie usłyszała cała Europa. Najbardziej brutalnych i bezlitosnych czynów dokonywano na terenie okupowanych Niemiec. Czerwoni sponiewierali łącznie nawet dwa miliony niemieckich kobiet. Kołem zamachowym tych wydarzeń była chęć zemsty jakiej czerwonoarmiści chcieli dokonać na Niemcach w zamian za brutalne rozprawianie się z obywatelami ZSRR w trakcie trwania operacji "Barbarossa". Odpowiednio wyedukowany czytelnik mógłby tu zauważyć, iż Rosjanie i ludy z nimi sprzymierzone, z którymi stanowili oni jeden organizm państwowy, mieli za co się mścić gdyż Niemcy i ich sojusznicy dokonywali podobnych zbrodni w trakcie inwazji na ZSRR w czerwcu 1941 roku. Oczywiście wtedy nie chodziło o zemstę tylko o fakt, iż Niemcy uważali Rosjan i ogólnie szerokopojętych Słowian za podludzi. Bolszewicy w szale nienawiści gwałcili również Rosjanki i Ukrainki, które pracowały na terenach zajętych przez Rzeszę Niemiecką jako robotnice przymusowe. Kluczową informacją może okazać się fakt, iż dla wielu żołnierzy wojna przyniosła pierwsze erotyczne doświadczenia. Gromadzone przez lata napięcie seksualne wreszcie mogło znaleźć swoje ujście dlatego Sowieci tak chętnie korzystali z nadążającej się okazji. Niemalże codziennie dochodziło do gwałtów zbiorowych. Przerażenie może ogarnąć przeciętnego zjadacza chleba gdy uświadomimy sobie, że dzicz ze wschodu nie oszczędzała nawet małych dzieci. Działy się również sytuacje, których przedstawienia nie powstydziłby się nawet najkrwawszy horror za gatunku gore. Jedna z takowych miała miejsce w pomorskiej wsi gdzie jeden z sowieckich oficerów odciął piersi kobiecie, którą uprzednio zgwałcił. Codziennością polskich kobiet w większych i miastach i na wsi były obleśne słowne zaczepki kierowane w ich stronę z ust krasnoarmiejców. Na nieszczęście owych dam, które to padły ofiarą tych zaczepek sowieccy nie poprzestawali na nich i często dopuszczali się również przemocy. Sowieci nie oszczędzali nawet wyzwolonych robotnic przymusowych i więźniarek obozów koncentracyjnych. Co szokujące gwałcono nawet małe dziewczynki. Zachowały się brutalne i obrzydliwe opisy opisujące jak żołnierze Armii Czerwonej gwałcą grupę kobiet przez całą noc aż wszystkie nie zmarły. Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość, polska konspiracyjna organizacja powstała na zgliszczach rozwiązanej Armii Krajowej w memoriale skierowanym do Organizacji Narodów Zjednoczonych podkreśliła zbrodnie, jakie były udziałem czerwonoarmistów w Polsce: "Żołnierze Armii Czerwonej pojedynczo i zbiorowo dopuszczali się w stosunku do ludności polskiej najokrutniejszych mordów, rabunków i masowych gwałtów nawet na dziesięcioletnich dziewczętach polskich. Dla przykładu podajemy, że na terenie trzech powiatów – brodnickiego, lubawskiego i grudziądzkiego – w ciągu jednego miesiąca żołnierze Armii Czerwonej dokonali 208 napadów, w których zamordowali 51 Polaków, zgwałcili 115 kobiet. W niektórych miejscowościach Polski nie było ani jednej kobiety w wieku od 14 do 50 lat, która by nie została zgwałcona, a równocześnie zarażona najrozmaitszymi chorobami wenerycznymi." Dosyć znamienny dla tamtych czasów rzekomego "wyzwolenia" przez czerwonych był demontaż i rozkradanie najważniejszych zakładów pracy oraz fabryk na terenie naszego kraju. Komuniści ze wschodu potrafili wyrywać kable ze ścian, demontować maszyny, zabierać stoły, krzesła i szafy z biur oraz rozkradać całe pozostałe oporządzenie fabryczne. Zdarzały się również iście groteskowe sytuacje gdy Rosjanie zabierali nawet całe muszle klozetowe czy zlewy. Oczywiście nie pogardzili oni również surowcami. Dla Związku Radzieckiego była to forma rekompensaty wojennej za straty poniesione w trakcie operacji "Barbarossa". Ową grabież Józef Stalin uzasadnił faktem, iż polski przemysł podczas okupacji pracował na rzecz wysiłku wojennego nazistowskich Niemiec i dlatego należy zredukować jego potencjał poprzez jego rozkradanie. Chyba każdy kto trochę interesował się historią XX wieku wie, że w Polsce w okresie PRL próbowano przeprowadzić kolektywizację rolnictwa, która to notabene się nie powiodła. Podwaliny pod owe działania zaczęli już podejmować nasi "wyzwoliciele" gdyż to właśnie oni w 1944 i 1945 roku rozpoczęli kolektywizację mniejszych gospodarstw rolnych. Wyglądało to w ten sposób, że większym rolnikom po prostu zabierano ziemię i rozdawano ją biednym bezrolnym chłopom uprzednio ją parcelując i dzieląc na mniejsze kawałki tak aby każdy dostał po równo. Następnie owych chłopów, którym tą ziemię rozdano przymusowo zrzeszano w jedną wielką spółdzielnię rolną. Komplikacje pojawiły się gdy okazało się, że tak małe gospodarstwa rolne nie są w stanie efektywnie produkować co w efekcie doprowadziło do ich degradacji. Skala grabieży rosła z dnia na dzień. Zgodnie z wytycznymi Józefa Stalina Armia Czerwona miała rekwirować dosłownie wszystko co mogłoby stanowić przydatne wyposażenie dla tak wielkiej siły. Rekwirowano specjalistyczny sprzęt przemysłowy, maszyny rolnicze, żywność, części zamienne, paliwo, paszę, bydło i inne rzeczy. Polscy chłopi mieli obowiązkowo na rzecz czerwonoarmistów uiszczać swego rodzaju daninę w postaci części swoich płodów rolnych gdyż o ironio żołnierze ze wschodu cierpieli na terenach Polski głód. Po wyzwoleniu części ziem z rąk Niemców Sowieci zaczęli na masową skalę stosować terror polityczny. Nikołaj Bułganin (namieśnik Stalina nadzorujący instalowanie się władzy komunistycznej w Polsce) nakazał nie uznawać na terytorium naszego kraju żadnych innych władz poza PKWN. Związek Radziecki nie uznawał bowiem jedynego legalnego rządu polskiego uznawanego na arenie międzynarodowej. 31 lipca 1944 roku radziecki przywódca w rozkazie dla dowódców 1. Frontu Ukraińskiego oraz 1. i 2. Frontu Białoruskiego nakazywał cyt.: "Poza organami Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego nie należy uznawać żadnych innych organów władzy, w tym również organów polskiego rządu emigracyjnego w Londynie należy traktować jako uzurpatorów i postępować z nimi jako z awanturnikami". Władze Związku Radzieckiego chciały rozprawić się z każdym kto za czasów istnienia niepodległej Polski był popularny w kręgach rządowych oraz dążyły do ostatecznego wyeliminowania polskiej elity narodowej. W tym celu organizowały one obławy, napady i prowokacje. Najbardziej znaną na kartach polskiej historiografii akcją tego typu była prowokacja pruszkowska z końca marca 1945 roku. Jej efektem było bezprawne zatrzymanie wicepremiera Rządu Polskiego Jana Stanisława Jankowskiego (delegata Rządu), przewodniczącego podziemnego parlamentu (Rady Jedności Narodowej) Kazimierza Pużaka i dowódcy Polskich Sił Zbrojnych w kraju generała Leopolda Okulickiego "Niedźwiadka", a także przywódców najważniejszych ugrupowań politycznych tworzących Rząd Polski na uchodźstwie. Szabrownictwo stało się dla czerwonych rutyną. Gdziekolwiek pojawił się radziecki żołnierz tam z domów znikały wszelkie kosztowności oraz zapasy żywności. Patrole czerwonoarmistów bardzo brutalnie zaczepiały przypadkowych przechodniów na ulicach miast i okradały ich najczęściej z ostatnich zapasów jedzenia. Niektórzy czerwoni rozmitowali się w polowaniu na udomowione zwierzęta takie jak psy czy koty, które po upolowaniu stawały się dla tych bojców pożywieniem. Wspomniane zachowanie było oczywiście efektem braków w zapasach z jakimi musiała się borykać Armia Czerwona. Zrabowane mienie sowieckie dowództwo nazywało nieironicznie "zdobyczami wojennymi". Sowieckie naczelne dowództwo wyrażało aprobatę dla rabunków przeprowadzanych przez żołnierzy do tego stopnia, że aż powołało ono do życia centralny organ do koordynacji tych działań czyli Komitet Specjalny przy Państwowym Komitecie Obrony. Przewodniczył mu Gieorgij Malenkow. Sowieci popełnili na ziemiach polskich wiele zbrodni i masowych mordów. Koronnym przykładem tego typu krwawych zdarzeń jest Lubelszczyzna, która w latach 1944-1945 spłynęła krwią. Region ten stał się miejscem brutalnych represji ze strony sowieckiego NKWD, które działało na tych terenach po wkroczeniu Armii Czerwonej w lipcu 1944 roku. Za główny cel w tym rejonie radziecka bezpieka wybrała sobie członków polskiego państwa podziemnego. Szacuje się, że w regionie lubelskim NKWD uwięziło i wymordowało setki, a być może tysiące Polaków. Towarzysze ze wschodu bardzo upodobali sobie przekształcanie poniemieckich katowni takich jak Zamek Lubelski w więzienia nadzorowane przez NKWD lub UB, jeżeli chciano posłużyć się Polakami. W latach 1944–1954 przetrzymywano tam ponad 30 tysięcy osób, w tym żołnierzy Armii Krajowej czy Narodowych Sił Zbrojnych. W trakcie przesłuchań stosowano tortury a więźniowie ginęli z wycieńczenia lub byli poddawani egzekucji. Z daty, która podałem wcześniej możemy wnioskować, iż bestialskie traktowanie więźniów trwało tam jeszcze długo po zakończeniu Drugiej Wojny Światowej i jest to prawda z tą tylko różnicą, iż po 1945 roku pałeczkę tą przejął wspomniany Urząd Bezpieczeństwa. Kolejnym tak strasznym miejscem był Areszt Śledczy NKWD przy ul. Probostwo 19. I tak jak w przypadku poprzedniej opisanej przeze mnie katowni niepodważalną prawdą jest to, iż Sowieci przetrzymywali tam setki członków organizacji niepodległościowych poddając ich brutalnym przesłuchaniom i torturom. Miejsce pochowania ciała i wykonania egzekucji, bo tak tam też mordowano Polaków, były utajnione. Ciekawostką może być to, iż miejsce to jest dziś upamiętnione na szlaku pamięci tzw. "Żołnierzy Wyklętych". Mówiąc o miejscach masowej kaźni członków polskich organizacji niepodległościowych nie można zapomnieć o obozie NKWD na Majdanku. Czytelnik, który jest nieco bardziej obeznany w tematyce związanej z Drugą Wojną Światową zwróci uwagę, iż był to niemiecki obóz koncentracyjny. I owy czytelnik jak najbardziej będzie miał rację gdyż ma tu miejsce ta sama zależność, o której wspomniałem na początku tego artykułu. Mówiąc wprost Sowieci przerobili niemiecki obóz zagłady na swój obóz zagłady a konkretnie na tzw. obóz filtracyjny dla żołnierzy Armii Krajowej biorących udział w Akcji "Burza" oraz innych wrogich elementów. Zginęło tam co najmniej kilkuset Polaków zanim obóz zamknięto w 1945 roku. Jak już nadmienię ironia jest to, że miejsce nazistowskich zbrodni stało się narzędziem sowieckich represji. Jak to zwykle w przypadku sowieckiej bezpieki i jej metod likwidowania niewygodnych elementów społecznych bywa egzekucje pod Lublinem miały charakter pozasądowy. Ofiarami owych likwidacji i mordów padali nie tylko żołnierze podziemia niepodległościowego ale również zwykli obywatele najczęściej nie bez powodu z resztą należący do elity polskiego społeczeństwa np. nauczyciele, lekarze, księża. Mordowani byli bardzo zdolni dowódcy Armii Krajowej tacy jak Kazimierz Zalewski. Typowym działaniem Bolszewików jak i ogólnie Rosjan na przestrzeni lat były zsylki na Sybir. Nie inaczej było w trakcie gdy towarzysze ze wschodu nas "wyzwalali". Celem owych deportacji i zsyłek było oczywiście stłumienie polskiego oporu, zniszczenie dogorywającej już inteligencji oraz innych elit społecznych i politycznych oraz sowietyzacja zajętych ziem. Chciano również usunąć osoby, które mogłyby stanowić zagrożenie dla sowieckiego porządku. Szacuje się, że w samym 1945 roku deportowano co najmniej 50 000 osób, z czego znaczną część stanowili żołnierze Armii Krajowej oraz ich rodziny. W okresie 1944–1945 liczba deportowanych Polaków z terenów wyzwalanych przez Armię Czerwoną mogła sięgać nawet 100 000–150 000 osób. Podczas Obławy Augustowskiej w lipcu 1945 roku aresztowano ponad 7000 osób, z czego około 600 zaginęło bez śladu. Można suponować, że zostali zamordowani w nieznanych miejscach. Deportacje obejmowały takie tereny jak Białostocczyzna, Wołyń, Wileńszczyzna, Lubelszczyzna oraz Rzeszowszczyzna. Ciekawą informacją a zarazem faktem historycznym jest fakt iż NKWD nie działało na ślepo tylko na podstawie wcześniej sporządzonych list proskrypcyjnych. Proces deportacji z perspektywy zwykłego człowieka był tragedią i koszmarem. Ludzie wskazani uprzednio na wspomnianych listach proskrypcyjnych byli wyciągani z domów nocą bez możliwości zabrania rzeczy. Standardowym zwyczajem Armii Czerwonej było przewożenie jeńców wojennych w bydlęcych wagonach, które charakteryzowały się tym, że nie posiadały ogrzewania ani żadnych nawet podstawowych udogodnień. Wiele osób zmarło jeszcze w trakcie transportu w tych "mobilnych trumnach". Schwytani Polacy byli wywożeni w głąb Związku Radzieckiego do łagrów. Więźniowie byli kierowani do wspomnianych obozów pracy w takich regionach jak Syberia, Kazachstan, Donbas, Ural. Każdy z nas chyba wie jak ciężkie były warunki w owych obozach. Śmiertelność była bardzo wysoka – szacuje się, że w obozach pracy w latach 1944–1945 zmarło co najmniej 20% – 30% deportowanych Polaków. Były oczywiście gorsze miejsca takie jak Kołyma gdzie śmiertelność wynosiła nawet 50 %. Prawdziwym jest stwierdzenie, że Polacy byli traktowani najgorzej ze wszystkich pozostałych nacji, które znajdowały się w gułagach. Wynika to z tego faktu iż Rosjanie traktowali nas jako "element wrogi". Jest to dosyć ironiczne nazewnictwo gdyż wrogiem Stalina i komunizmu mógł zostać praktycznie każdy na co wskazuje chociażby historia Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Strażnicy w obozach zachowywali się wobec więźniów nieludzko i traktowali podległych im ludzi mówiąc kolokwialnie jak bydło. Na tym etapie warto wspomnieć, dla czytelników, którzy chcieliby się doedukować w tym temacie, iż były więzień tych obozów Rosjanin Aleksander Sołżenicyn napisał wybitną 3-tomową serię książek na temat systemu obozów gułag w Związku Radzieckim. Pozycja nosi tytuł "Archipelag Gułag". Przechodząc już do głównego wątku należałoby wspomnieć kilka miejsc, które zostawiły piętno na naszych deportowanych rodakach, a które zostały ulokowane na terenie Polski. Są to obozy w Krzesimowie, Rembertowie, Borowiczach, i Ostaszkowie. Nie tylko zwykli ludzie byli narażeni na zsylki. Głównym celem sowietów byli członkowie polskiego państwa podziemnego a w szczególności żołnierze Armii Krajowej. Tym z kolei przed realnym deportowaniem dawano szansę mianowicie mogli oni uniknąć tragicznego losu godząc się na współpracę z Sowietami lub wstępując do Armii Berlinga. W samym 1944 roku aresztowano i deportowano około 40 000 członków Armii Krajowej. Wielu z nich już nigdy nie zobaczyło Polski. Na wskutek deportacji Polska straciła najprzedniejszych przedstawicieli swojego społeczeństwa należących do inteligencji, duchowieństwa czy ziemiaństwa. Efektem tego był utrudniony proces odbudowy naszego kraju po wojnie. Sowietom z racji prowadzenia działań wojennych były stale potrzebne surowce, które wykorzystywano w fabrykach i kombinacjach produkujących duże ilości uzbrojenia różnego typu. Józef Stalin nakazał więc swoim generałom i marszałkom aby armie znajdujące się pod ich dowództwem zaczęły rozkradać wydobytą węgiel z polskich kopalń. Głównym celem tej akcji były kopalnie na Górnym Śląsku i Zagłębiu Dąbrowskim. Plany zakładały, że na wschód zostanie wywiezionych nie mniej niż 975 000 ton tego strategicznego surowca. Ponadto Sowieci przejęli kontrolę nad kopalniami i wydobycie było w nich kontynuowane tyle, że węgiel od razu wywożono do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Ziemie, które mówiąc ironicznie "wspaniałomyślny" Józef Stalin postanowił nam podarować w prezencie (chodzi o te ziemie na zachodzie) w zamian za Kresy Wschodnie również zostały ogołocone z przemysłu ciężkiego oraz innych podstawowych zakładów przemysłowych. Po prostu Sowieci owe zakłady, fabryki i huty wywieźli do swojego kraju.
Sowieci ogołocili również poniemieckie zakłady produkujące paliwa syntetyczne. Bolszewicy oraz ich naczelne dowództwo zachowywało się bezczelnie w stosunku do narodu polskiego. Typowymi przykładami tego typu zachowań posłużyć może dosyć częsta praktyka oddawania Polakom zakładów pracy oraz stoczni, które zostały uprzednio ze wszystkiego ogołocone. Właśnie tak to wyglądało w przypadku niemieckich stoczni, które miały zostać przejęte przez Polaków tak jak stocznia Schichau – Werke w Gdańsku. Swoje kradzieże Rosjanie określali mianem "trofiejnych otriad" co dobitnie pokazuje w jaki sposób traktowali oni skradzione mienie. Bolszewicy w swej zachłanności dopuścili się rzeczy iście obrzydliwej. Mianowicie zrabowali oni część infrastruktury niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz. Sowieci zdemontowali część baraków, wyposażenie pralni, rzeźni, kuchni dla esesmanów, stacji transformatorowej i kotłowni zakładów zbrojeniowych "Union – Werke" położonych na terenie obozu. Nawet słynny napis "Arbeit macht frei" był już przygotowany do wywozu. W ostatniej chwili schował go pracownik Zarządu Miejskiego w Oświęcimiu Eugeniusz Nosal. Najbardziej wstrząsające wrażenie robi jednak zdjęcie przedstawiające sowieckich żołnierzy przepłukujących w poszukiwaniu złota ludzkie prochy w stawiku na terenie Birkenau. Sowieci stali terror wzdłuż całej Polski od wschodu do zachodu. Gdy wojska czerwonych zbliżały się do Pomorza ludność niemiecka, która wiedziała o okropnościach jakich dopuszczali się czerwonoarmiści zaczęła uciekać na zachód do Niemiec. Ciekawostką jest to, że teren Pomorza został oficjalnie włączony do III Rzeszy Niemieckiej w 1939 roku więc z perspektywy formalno-prawnej były to już tereny niemieckie a nie polskie. Nie zmienia to jednak faktu, iż jeden dokument prawny nie przewróci do góry nogami całej struktury etnicznej danego regionu. Zmierzam do tego, iż na terenie Pomorza cały czas mieszkało bardzo wielu Polaków i ci Polacy właśnie na tych terenach zostali gdy wkroczyli Sowieci i to był błąd. Rozpoczął się terror, mordy i gwałty jakich nikt nie widział. Na łamach tego artykułu wspomniałem o gwałtach jakich dopuszczała się Armia Czerwona. Należy więc powiedzieć jasno, że przy tym co działo się na Pomorzu wszelkie dotychczasowe zbrodnie tego typu to pikuś. Ciekawym a zarazem trochę dziwnym może okazać się fakt, iż Sowieci wszystkich mieszkańców Pomorza niezależnie od faktycznego pochodzenia etnicznego uważano za Niemców a co za tym idzie traktowano ich jeszcze bardziej brutalnie niż mieszkańców centralnej i wschodniej okupowanej Polski. Jak do tej pory opisywałem tu niemal same zbrodnie i gwałty więc dla rozluźnienia atmosfery i zaskoczenia czytelnika przytoczę relację z jednej z wsi na Kaszubach gdzie według relacji świadków Sowieci zachowywali się co najmniej w porządku wobec napotkanej ludności. Pani Janina, która w 1945 roku miała 7 lat wspomina czerwonoarmistów jako wesołych i uprzejmych żołnierzy. Twierdzi ona, że czuła się bezpiecznie w towarzystwie Rosjan. Jednak nawet w tym przypadku radziecka swawola i zwyczaje musiały o sobie znać. Wspomniana Pani Janina wspomina o jedynym gwałcie jakiego dokonali przybysze ze wschodu na jej cioci. Wiadomość o gwałcie dotarła do oficera, który dowodził kompanią czerwonych. Gdy odnalazł winowajcę wykonał na nim wyrok śmierci poprzez rozstrzelanie.
Wspominając te wszystkie zbrodnie, rzezie i gwałty nie możemy zapomnieć o reakcji naszych zachodnich sojuszników na wieści o tym co robiła w naszym kraju ta dzicz ze Wschodu. Mówiąc o reakcji miałem na myśli zasadniczo jej brak. Owa bierność po stronie premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla oraz prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta była jednym z kluczowych czynników, które umożliwiły Stalinowi realizację swojego planu. I chociaż świat zachodu był dosyć pejoratywnie nastawiony do czerwonego dyktatora ze wschodu to dla pokonania Hitlera alianci zachodni byli w stanie podjąć nawet najdalej posunięte kroki. Świadectwem owej desperacji ze strony Anglosasów było stwierdzenie samego Winstona Churchilla, który w 1941 roku powiedział cyt: "Gdyby Hitler najechał piekło, to ja bym w Izbie Gmin powiedział dobre słowo o diable." To symboliczne stwierdzenie pokazuje jak daleko posunięto się w współpracy ze Stalinem. Można ironicznie stwierdzić, że Polska była pierwszym sojusznikiem Wielkiej Brytanii, ale jej ostatnim priorytetem. Swego rodzaju symbolem zdrady zachodnich mocarstw był ich stosunek do Powstania Warszawskiego. Royal Air Force oraz United States Air Force mogły regularnie zrzucać broń i żywność dla Armii Krajowej by nie drażnić Stalina. Potwierdzają to słowa polskiego generała Władysława Andersa, który stwierdził: "Zrzuty były symboliczne. Alianci bali się Stalina bardziej niż Hitlera." Wielką na torcie owych zdrad była sławetna konferencja w Jałcie w 1945 roku, na której to zachodni alianci przystanęli na wszystkie propozycje Stalina dotyczące Polski czyli m.in. przesunięcie granicy Polski na linię Curzona na wschodzie oraz oparcie jej na Odrze i Nysie na zachodzie. Stalin de facto dostał wolną rękę w sprawie ustalenia w Polsce tzw. "demokratycznych wyborów", czyli tak na prawdę uznania Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego za nowy polski rząd. Na wspomnianej konferencji Churchill miał powiedzieć do swojego sekretarza spraw zagranicznych Anthony’ego Edena cyt: "Polska to problem, którego nie da się rozwiązać bez zgody Stalina. Musimy go zadowolić." Z kolei prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin Delano Roosevelt stwierdził w rozmowie ze swoim doradcą cyt: "Polacy są uparci, ale nie mamy wyboru – potrzebujemy Armii Czerwonej do pokonania Japonii". Dosyć dobitnie o obojętności Wielkiej Brytanii świadczy fakt, iż Winston Churchill dobrze wiedział o aresztowaniach żołnierzy Armii Krajowej po akcji "Burza", Obławie Augustowskiej czy też deportacjach na Syberię, ale nic z tym faktem nie zamierzał zrobić, gdyż liczył się sojusz ze Związkiem Radzieckim. O owej obojętności świadczy również raport brytyjskiego attache wojskowego w Moskwie z 1945 roku, w którym wspomina cyt: "Sowieci traktują Polaków jak wrogów. Aresztują tysiące żołnierzy Armii Krajowej. Rząd brytyjski nie reaguje". Niepodważalnym faktem jest to, że brytyjskie archiwa pokazują, że Churchill dostał 47 raportów o sowieckich zbrodniach w 1944 roku – żaden nie wywołał reakcji. Sprzymierzony zachód posuwał się nawet do tuszowania źródeł o zbrodniach bolszewików na terenach okupowanej Polski. Przykłady owego "tuszowania" można mnożyć. W sierpniu i październiku 1944 roku gdy Armia Czerwona wkroczyła do Lublina i Wilna alianccy agenci raportowali o masowych gwałtach, ale Wielka Brytania i Stany Zjednoczone postanowiły zatuszować te informacje. OSS raportowało o gwałtach zbiorowych w kościołach w Wilnie w sierpniu 1944 roku. Żołnierze Armii Czerwonej wtargnęli do katedry, gwałcąc zakonnice na ołtarzu. Dokumenty zostały zablokowane. Jak stwierdził prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin Delano Roosevelt w tajnym telegramie do premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla cyt: "Katyń i te nowe raporty o gwałtach to dynamit polityczny. Stalin musi być naszym sojusznikiem do końca". Ciekawa a zarazem obrzydliwa z punktu widzenia jakiejkolwiek moralności jest korespondencja oraz memorandum Winstona Churchilla do Foreign Office cyt: "Raporty o sowieckich gwałtach na Śląsku te 10 000 ofiar to propaganda niemiecka. Nie publikować". Cytat ten pokazuje, że alianci byli w stanie zrzucić winę na Niemców tylko po to aby chronić Stalina. Z kolei amerykański wywiad donosił o systematycznych gwałtach w każdym zdobytym mieście. Amerykanie i Brytyjczycy do perfekcji opanowali stosowanie tzw. "realpolitik" czyli prowadzenia działań politycznych bez żadnych sentymentów również moralnych. Te fakty pokazują, że alianci nie tylko milczeli, ale przede wszystkim manipulowali prawdą, by wygrać wojnę. W 1944 roku wiedzieli o setkach tysięcy ofiar, ale i tak popierali Stalina. Jest to klasyczny przykład zdrady z premedytacją.
Sowieci ograbili Polskę nie tylko z zasobów i kosztowności, ale również z jej dziedzictwa kulturowego, które było przez nich systematycznie niszczone. Szczególnie ucierpiał Kościół Katolicki, który był uważany przez Sowietów za "bastion burżuazji". Po wkroczeniu Rosjan w 1944 roku na okupowane ziemie polskie rozpoczęły się masowe profanacje kościołów i mordy na duchownych. W okresie od stycznia do maja 1945 roku w Małopolsce i na Śląsku żołnierze Armii Czerwonej wspomagani przez NKWD zniszczyli i sprofanowali ponad 200 kościołów. Radzieccy sołdaci palili ołtarze oraz gwałcili na nich zakonnice a także kradli relikwie. W styczniu 1945 roku w Przyszowicach na Śląsku zamordowaniu 67 cywilów w tym 3 księży broniących kościoła. Sowieci wrzucili do świątyni granaty. Szacuje się, że w okresie 1944–1945 roku zginęło 120–240 księży. Kościół był uważany za sojusznika "reakcyjnego podziemia". Sowieci powoli i stopniowo depolonizowali nasz kraj poprzez niszczenie symboli narodowych. W Lublinie i Wilnie w 1944 roku czerwoni zniszczyli pomniki Kościuszki oraz Piłsudskiego. Spalili oni również archiwa AK uznając je za "faszystowskie". W 1945 roku w Krakowie NKWD skonfiskowało 50 000 książek z bibliotek w tym unikatowe mapy Kresów Wschodnich. Dość znamienne było to w jaki sposób Sowieci odnosili się do Żydów. Przedstawiciele tej mniejszości narodowej mieli nadzieję, że po wyzwoleniu Polski przez wojska ze wschodu zostaną oni uwolnieni z okowów holocaustu. Jakże wielkim zaskoczeniem dla Hebrajczyków i innych mniejszości był fakt, iż Rosjanie również obrali sobie ich za cel do eksterminacji. Ciekawostką jest to, iż niewielu ludzi o tym wie, ale sam wódz Związku Radzieckiego Józef Stalin był zagorzałym antysemitą. Przypadków represjonowania ludności pochodzenia żydowskiego można wymieniać w nieskończoność. Jednym z nich była sytuacja w Lublinie w 1944 roku kiedy to doszło do aresztowania około 1000 Żydów z Judenratu za "współpracę z Niemcami". Owi Żydzi zostali wysłani do Gułagu.
W kontekście wszelkiej maści mniejszości narodowych nie możemy zapominać o relacjach z naszymi sąsiadami z nad Dniepru, którzy ponad rok przed operacją "Bagration" zgotowali naszym rodakom piekło na Wołyniu. Mowa tutaj oczywiście o Ukraińcach a konkretnie o Ukraińskiej Powstańczej Armii. Po wkroczeniu Sowietów na Kresy Wschodnie spór wybuchł na nowo tym razem celowo podsycany przez żołnierzy z pod znaku czerwonej gwiazdy. Józef Stalin realizował w tym przypadku znamienną dla radzieckich rozwiązań politycznych znaną chyba każdemu politykowi strategię "dziel i rządź". Czerwony Gruzin z Kremla planował początkowe tolerowanie UPA po to by należący do tej formacji ukraińscy szowiniści osłabili polskie podziemie i swoją organizację przy okazji tak aby finalnie łatwiej było je razem rozbić. Wspomina strategię potwierdza rozkaz szefa NKWD Ławrientija Berii: "Nie mieszać się w konflikty polsko-ukraińskie do czasu zajęcia terenu". Nie znaczyło to oczywiście, że do starć między Rosjanami a Ukraińcami nie dochodziło. Przykładem może tu być chociażby zasadzka przeprowadzona przez Ukraińską Powstańczą Armię na sowieckiego generała Nikołaja Watutina, która skończyła się śmiercią radzieckiego dowódcy w jednym z pobliskich szpitali. W 1944 roku polskie oddziały partyzanckie również wdawały się w starcia z UPA tak jak to przewidział "Uncle Joe". Z początkiem 1944 roku w powiatach hrubieszowskim, tomaszowskim i lubaczowskim trwały natężone walki toczone przez oddziały Armii Krajowej, Gwardii Ludowej, Armii Ludowej i Batalionów Chłopskich z oddziałami Ukraińskiej Powstańczej Armii. Bezpośrednim powodem tych wydarzeń były wysiedlenia, których dokonali Niemcy wysiedlając zarówno Polaków jak i Ukraińców tych drugich osiedlając w wysiedlonych w tym celu polskich wsiach powiatu hrubieszowskiego w ramach tzw. "Ukraineraktion".
W swojej pracy wiele razy napomknąłem o wrogim nastawieniu zarówno żołnierzy radzieckich jak i bolszewickiej partyzantki w stosunku do żołnierzy polskiego państwa podziemnego oraz polskich organizacji niepodległościowych takich jak Armia Krajowa czy Narodowe Siły Zbrojne. Chciałbym tutaj rozwinąć ten temat nieco bardziej gdyż zasługuje on na bardziej doprecyzowany opis. Celem sowieckich służb specjalnych, które wkroczyły do naszego kraju "na pancerzach" radzieckich czołgów była infiltracja ludności polskiej oraz przygotowanie gruntu pod zainstalowanie na naszych ziemiach komunistycznego aparatu władzy. Proces tworzenia owej siatki agenturalnej nastąpił odpowiednio wcześnie tzn. w momencie gdy wschód zorientował się, że następnym przystankiem w pochodzie jego armii będzie Polska. Rozpoczęło się konstruowanie partii i organizacji politycznych takich jak Polska Partia Robotnicza oraz werbowanie donosicieli oraz agentów rekrutujących się z ludności polskiej o komunistycznej orientacji politycznej. Początkowym celem była wspomniana już identyfikacja i infiltracja zarówno polskich oddziałów podziemia niepodległościowego jak i dowództwa na partiach politycznych kończąc. Radzieckie terenowe oddziały NKWD dysponowały dzięki tym działaniom specjalnymi listami proskrypcyjnymi z nazwiskami oraz danymi osób, które były działaczami oraz przywódcami niepodległościowych organizacji dzięki czemu łatwiej ich było aresztować lub zlikwidować. Najbardziej znanym w polskiej historiografii komunistycznym oddziałem wywiadowczym działającym na terenach Polski był sławetny Wydział II Sztabu Głównego Gwardii Ludowej zajmujący się rozpoznaniem wojskowym niepodległościowego ruchu oporu. Wspomniany wydział miał za zadanie gromadzić bardzo szczegółowe dane na temat oficerów Komendy Głównej Armii Krajowej, takich jak rysopis, dane personalne, zakwaterowanie. Za cel Wydział postawił sobie Komendanta Głównego Armii Krajowej generała Stefana Roweckiego "Grota", którego namierzono w 1943 roku. Na nieszczęście dla Sowietów a na szczęście dla samego generała akcja zlikwidowania go nie powiodła się. Sowieci represjonowali wszystkich, którzy mieli cokolwiek wspólnego z polskim podziemiem niepodległościowym. Jednym z wielu symboli tamtych represji było przekształcenie niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Lublin (Majdanek) w sowiecki obóz filtracyjny NKWD. 23 lipca 1944 roku 2. Gwardyjska Armia Pancerna dowodzona przez generała Siemiona Bogdanowa zajęła nadmieniony przeze mnie obóz w Majdanku po ucieczce Niemców. Obóz był w kompletnej ruinie. Sowieci znaleźli około tysiąca ocalałych więźniów (w tym 250 Polaków), ale szybko wykorzystali infrastrukturę do własnych celów. Oddziały NKWD pod dowództwem generała Iwana Sierowa przejęły kontrolę w ciągu 24 godzin, instalując strażników i druty kolczaste. Tak jak już wspomniałem na początku tego artykułu częstą praktyką stosowaną przez Armię Czerwoną i NKWD było przekształcanie niemieckich obozów koncentracyjnych w takie właśnie obozy filtracyjne. Od momentu przekształcenia obozu na Majdanku przez NKWD służył on (no któż by się spodziewał nieprawdaż?!) do aresztowań, rozbrajania, tortur i deportacji członków polskiego podziemia niepodległościowego. W okresie lipiec-sierpień 1944 roku przekształcono go w obóz filtracyjny NKWD nr 041. Dla czytelników, którzy mogą się poczuć nieco skonfundowani nieco niecodzienną terminologią jakiej tutaj używam spieszę z wyjaśnieniem mianowicie słowo "filtracja" oznacza tyle co "sprawdzanie lojalności". O co z tym chodziło w praktyce? Otóż poza tym, iż więźniowie byli torturowani, bici i głodzeni a niekiedy też mordowani to podejmowano również próby przekonania ich, czyli mówiąc potocznie "przekabacenia ich" na stronę Związku Radzieckiego. Sam obóz funkcjonował do 23 sierpnia 1944 roku jako główny punkt represji na Lubelszczyźnie. Potem przeniesiono operacje do innych obozów takich jak Skrobów czy Rembertów, ale Majdanek służył do 1945 roku jako tymczasowe więzienie i punkt zborny. Głównymi więźniami przekształconego przez Sowietów Majdanka byli żołnierze AK oraz NSZ, osoby znajdujące się na reprezentatywnych stanowiskach w Polskim Państwie Podziemnym oraz cywile podejrzani o "anty-sowiecką działalność". Po przeprowadzeniu akcji "Burza" w trakcie, której Armia Krajowa wspierała Armię Czerwoną w walce przeciwko Niemcom czerwonoarmiści rozbrajali polskie oddziały pod pretekstem wcielenia do Armii Berlinga. Odmowa oznaczała aresztowanie i skierowanie m.in. do Majdanka. Przetrzymywano w nim 1,5 do 2 tysięcy osób jednocześnie, głównie z Lubelszczyzny np. żołnierzy 27. Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej czy Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Przykłady czerwonego terroru i agresji w stronę żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego można mnożyć i liczyć w setkach. Opiszę jeszcze kilka z nich. W rejonie Rzeszowa i Przemyśla czyli na terenie tzw. "Republiki Rzeszowskiej" w rejonie między Wisłoką a Sanem oddziały Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich przez kilka tygodni utrzymywały faktyczną władzę na obszarze około 8 tysięcy kilometrów kwadratowych. Oddziały te wykreowały na tych terenach coś na wzór swoistej "Republiki Partyzanckiej". Walka z Niemcami na tym obszarze była bardzo zacięta ale nie była więc przypadkowa). W pewnym momencie doszło do miast zaczął jak pancerny walec zbliżać się Front Ukraiński dowodzony przez generała Iwana Koniewa. Wydaje mi się, że czytelnik się nie zaskoczy, jeżeli powiem, że po dołączeniu do walki wojsk radzieckich sytuacja wiele się nie zmieniła, jeżeli powiem, że po dołączeniu do walki wojsk radzieckich sytuacja zaczęła przypominać tą z Wilna podczas operacji "Ostra Brama". Sowieci początkowo obiecali współpracę i faktycznie walczyli ramię w ramię z Polakami przeciwko siłom Wehrmachtu. Niestety jak możemy się spodziewać po osiągnięciu wyznaczonych celów i odbiciu miast radzieccy żołnierze zaczęli rozbrajać Polaków i aresztować dowódców. Echem tamtych wydarzeń, które odbija się w dzisiejszych czasach było rozbicie zgrupowania Narodowych Sił Zbrojnych dowodzonego przez kapitana Henryka Flamego "Bartka" w okolicach Sanoka. Część żołnierzy, którzy znajdowali się pod dowództwem Henryka Flamego zostało rozstrzelanych na miejscu. Z kronikarskiego obowiązku należy nadmienić, iż kapitan Henryk Flame „Bartek” należy do kanonu tzw. „Żołnierzy Wyklętych”. Oczywiście oprócz swego rodzaju akcji pozorowanych stosowanych przez Armię Czerwoną, w których to początkowo oddziały konspiracyjne były traktowane przez Sowietów jak sojusznicy by potem można było je wziąć z zaskoczenia dochodziło również wręcz od razu i bez próby nawiązania kontaktu do otwartych walk między Armią Krajową a armią ze wschodu. Jedną z niewielu takich walk między obydwoma siłami była tzw. „Bitwa pod Marysinem”, która miała miejsce nieopodal Kocka i Lubartowa w dniach 22–24 października 1944 roku. Żołnierze 8. Pułku Piechoty Legionowej Armii Krajowej i 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej (ci którzy uniknęli wywózki) skoncentrowali się w lasach pod Kockiem (swoją drogą w miejscu gdzie rozegrała się ostatnia bitwa Kampanii Wrześniowej). Armia Czerwona i NKWD po zlokalizowaniu rzeczonych oddziałów postanowiły sobie za cel rozbrojenie ich. Oczywiście polskie oddziały nie chciały poddać się tak łatwo i doszło do regularnej bitwy, w której Polacy zadali czerwonemu najeźdźcy poważne straty w postaci 100 zabitych żołnierzy. W ostatecznym rozrachunku okazało się, że polscy partyzanci muszą się wycofać. To była jedna z ostatnich większych potyczek czy wręcz bitew polskiego podziemia z Armią Czerwoną w 1944 roku. Nieodłącznym elementem radzieckiego „wyzwolenia” były masowe rozstrzeliwania i egzekucje „na miejscu”. W wielu miejscowościach ulokowanych na byłych Kresach Wschodnich oddziały NKWD i Smiersz mogły „poszczycić się” (o ile czymś takim można się w ogóle szczycić) rozstrzeliwaniem oficerów należących do Polskiego Państwa Podziemnego. Wyroki były wykonywane jak to często przystało na wschodzie bez jakiegokolwiek procesu sądowego. Przykładowo tego nikczemnego procederu można wymienić dużo bo i było ich po prostu na pęczki. W sierpniu 1944 roku w okolicach Oszmiany rozstrzelano około 80 oficerów i podchorążych Armii Krajowej. We wsi Szyrwinty na Litwie dokonano egzekucji 40 żołnierzy Armii Krajowej w odwecie za odmowę wstąpienia do Armii Berlinga. Jak zresztą już wspominałem na łamach tego artykułu była to forma kary dość typowa w przypadku nie zaciągnięcia się dobrowolnie w szeregi berlingowców. Z kolei w okolicach Brześcia nad Bugiem a konkretnie w lesie koło miasta Kobryń dokonano masowej egzekucji na polskich żołnierzach. Ciekawostką jest to iż o owym incydencie polskie władze dowiedziały się dopiero po 1989 roku gdy odkryto w tych rejonach masowe mogiły należące do członków podziemia. Jedną z najbardziej znanych akcji przeprowadzonych przez NKWD na ziemiach polskich była tzw. „Operacja Sejm”. Była to tajna akcja przeprowadzona w Warszawie po powstaniu. Dla oddziałów radzieckiego NKWD i polskiego UB zniszczona Warszawa stała się miejscem polowań (to chyba dobre określenie w tym przypadku) na ukrywających się żołnierzy Armii Krajowej. W listopadzie 1944 roku w Pruszkowie i Zielonce aresztowano kilkuset powstańców, których następnie wywieziono do łagrów w Borowiczach i Wołogdzie. Część oficerów cudem uniknęła wywózki. Jednym z nich był porucznik Janusz Brochowicz-Lewiński ps. „Lawa”. Reasumując Sowieci traktowali każdego polskiego partyzanta czy też żołnierza podziemia za wroga, który musiał zostać zlikwidowany.
Często mówiąc o wkroczeniu Armii Czerwonej na tereny okupowanej Polski mówimy o przerażającej wręcz skali zbrodni na Polakach. Zapominamy jednak, że w okupowanej Polsce żyła też bardzo liczna grupa złożona z mniejszości narodowych, która to oczywiście na skutek ideologii naszego ówczesnego okupanta czyli Niemców z dnia na dzień topniała. Pamiętajmy o tym, że Polska w okresie międzywojennym była państwem wielonarodowym co dla dzisiejszego Polaka może jawić się jako coś dziwnego bo dzisiaj nasz kraj jest w dużej mierze państwem z marzeń Romana Dmowskiego (przynajmniej było do czasu migracji Ukraińców ze wschodu na skutek ataku Putina) czyli tzw. państwem narodowym gdzie miażdżąca większość obywateli jest pochodzenia polskiego. W czasach II RP wyglądało to zupełnie inaczej gdyż w ówczesnej Polsce nasi rodacy stanowili zaledwie 69% obywateli (i to de facto w najlepszym okresie gdyż przez większość istnienia tego państwa było to zaledwie 64% obywateli). Resztę określali stanowili oczywiście wszelkiej maści mniejszości narodowe. Najwięcej było Ukraińców, Białorusinów i oczywiście wspomnianych Żydów. Przez cały okres okupacji niemieckiej byli oni, co chyba nie powinno budzić wątpliwości, mordowani i prześladowani na różne sposoby. Wyzwolenie Polski przez towarzyszy ze wschodu miało przynieść poprawę sytuacji. Tak się jednak nie stało. Musimy wiedzieć o tym, że sam wódz światowego rewolucji czyli nie kto inny jak towarzysz Józef Stalin był po prostu antysemitą. Był nim do tego stopnia, że gdy jego córka oświadczyła mu, że chce wyjść za mąż za Żyda to kazał owego nieszczęśnika po prostu zabić. Oczywiście sowiecka machina propagandowa działająca zarówno w trakcie wyzwalania Polski spod niemieckiego buta jak i po utworzeniu PRL wmawiała prostemu obywatelowi, że naród dawidowy to nasi bracia. Jednak to jak te stosunki wyglądały naprawdę odbiegało od malowanej przez propagandę rzeczywistości. Przy opisie sytuacji w jakiej znaleźli się Żydzi w 1944 roku po wkroczeniu czerwonej zarazy można by tutaj przytoczyć stare przysłowie, które brzmi: „Z deszczu pod rynnę”, gdyż zaiste diametralnie życie polskich Żydów nie zmieniło się za bardzo. Narzucona po wojnie narracja głosiła, że Armia Czerwona „wyzwoliła” dziesiątki tysięcy polskich Żydów z obozów koncentracyjnych i obozów śmierci, a potem otoczyła ich opieką jako „braci w walce z faszyzmem”. Rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. W wielu miejscach Żydzi, którzy przeżyli zagładę niemalże natychmiast po wkroczeniu Sowietów stali się ofiarami gwałtów, rabunków oraz morderstw. Zjawisko to było na tyle powszechne i wstrząsające, że pojawia się w setkach relacji ocalałych, w raportach żydowskich organizacji podziemnych i w dokumentach polskiego podziemia niepodległościowego. Bardzo dobrze udokumentowane są brutalne zbrodnie przeprowadzone przez zarówno polskich komunistów jak i Sowietów na Ukraińcach, których celem był odwet za zbrodnie ukraińskich nacjonalistów zarówno na Polakach jak i na Sowietach. Najbardziej znanym przykładem tego typu agresywnych działań skierowanych przeciwko Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów oraz Ukraińskiej Powstańczej Armii była tzw. Akcja „Wisła” przeprowadzona w 1947 r. W ramach tej akcji podjęto działania zmierzające do przymusowego wysiedlenia około 140 000–150 000 Ukraińców oraz innych mniejszości na przykład Łemków czy Bojków na Ziemie Zachodnie i Północne. Oficjalnym powodem była chęć zlikwidowania zaplecza UPA. W rzeczywistości była to siłowa asymilacja wszystkich mniejszości etnicznych. Oczywiście ukraińscy nacjonaliści byli zwalczani na różne sposoby. NKWD oraz Ludowe Wojsko Polskie podjęło się pacyfikacji wsi ukraińskich podejrzanych o wspieranie UPA. Przeprowadzono liczne egzekucje, dokonywano gwałtów i grabieży. Osoby, które były członkami nacjonalistycznych band ukraińskich były przewożone do obozu filtracyjnego w Jaworznie. Na skutek głodu, chorób i tortur zmarło tam około 200 osób. Egzekucje na schwytanych Ukraińcach były przeprowadzane bez sądu. Za przykład może tutaj posłużyć wieś Pawłokoma gdzie w marcu 1945 roku oddział Ludowego Wojska Polskiego i milicji zamordowały 366–370 Ukraińców w odwecie za wcześniejsze akcje UPA. Represji doświadczyli również Litwini. Tutaj represje zdarzały się co prawda dość rzadko, ale warto o tym wspomnieć. Litwini bardzo często byli represjonowani za tzw. „litewski nacjonalizm”. Na Białostocczyźnie i Podlasiu represje i aresztowania dotknęły również białorusinów. Za cel władze sowieckie obrały sobie głównie duchownych prawosławnych oraz działaczy spółdzielczych. Rozpoczynał się powolny demontaż białoruskiej kultury poprzez likwidację szkół oraz organizacji kulturalnych. Lawina nienawiści nie mogła również ominąć Niemców, których komuniści z Polski jak i ze Wschodu obwiniali za całe zło tego świata. Komuniści wprowadzili na terenie Polski bardzo agresywną i zakrojoną na szeroką skalę weryfikację narodowościową. Osoby, którym udowodniono niemieckie korzenie były natychmiastowo wysyłane do obozów pracy przymusowej pod zarządem NKWD i UB. Najbardziej zbrodniczymi miejscami tego typu był obóz Zgoda dowodzony przez Salomona Morela gdzie zginęło około 6000 osób oraz Łambinowice dowodzony przez Czesława Gęborskiego gdzie zmarło około 3000 osób.
Bardzo rzadko opisywanym wydarzeniem w polskiej historiografii okresu II Wojny Światowej były przeprowadzone w 1944 roku referenda ludowe, w których za sprawą pozoru demokracji starano się włączyć wschodnie ziemie Polski do ZSRR. Jesienią 1944 roku, zaraz po zajęciu przez Armię Czerwoną dawnych wschodnich województw II RP (Wilno, Nowogródek, Polesie, Wołyń, Tarnopol, Stanisławów i część Białostocczyzny, władze sowieckie postanowiły stworzyć pozory prawnego usankcjonowania włączenia tych ziem do Związku Radzieckiego. Ponieważ żadne państwo alianckie (w tym Wielka Brytania i USA) nie uznawało oficjalnie granicy ryskiej jako nieaktualnej, Stalin potrzebował „aktu woli ludu”. W tym celu zorganizowano serię tzw. „narodowych zgromadzeń” i „referendów ludowych” w dniach od września do listopada 1944 roku. Były to jedne z najbardziej cynicznych operacji propagandowo-politycznych w historii okupacji sowieckiej. Nie było żadnych wyborów. Delegatów wyznaczali osobiście komisarze polityczni ze Związku Radzieckiego i pełnomocnicy partii z Moskwy. W setkach wsi i miasteczek organizowano „wiece ludowe” pod gołym niebem. Ludzi zapędzono w te miejsca siłą. Gdy tylko ktoś głosował „przeciw” był natychmiast aresztowany. Wszystkie uchwały były przygotowywane wcześniej w Moskwie (istnieją oryginały z poprawkami Ławrientija Berii). Na wiecach przemawiali czołowi polscy działacze komunistyczni m.in. Wanda Wasilewska, Jakub Berman oraz sowieccy generałowie. Rok 1944 miał być końcem koszmaru, a stał się jedynie zmianą koloru mundurów katów.
Armia Czerwona, która wkraczała na ziemie polskie pod hasłem wyzwolenia, zostawiła za sobą dziesiątki tysięcy zamordowanych, setki tysięcy zgwałconych kobiet, całe wsie spalone wraz z mieszkańcami i długi ciąg bydlęcych wagonów jadących na Wschód.Te zbrodnie nigdy nie doczekały się Norymbergi.
Sprawcy awansowali, dostawali ordery, pisali wspomnienia o „zwycięskim marszu”.
Ofiary milczały – ze strachu, wstydu albo dlatego, że już nie miały głosu.