Włączam radio, słyszę „populizm”, włączam telewizję, słyszę „populizm”, wreszcie przeglądam portale internetowe – czytam „populizm”. Słowo to pada w kontekście każdego polityka, organizacji, która w swoich działaniach podważa ład stworzony przez partie demokratyczno- liberalne, socjalliberalne lub socjaldemokratyczne, które pomimo pewnych różnic i przepychanek między sobą o to, kto jest ważniejszy, zbudowały okopy i walczą po jednej stronie frontu ze swoimi politycznymi przeciwnikami. Tymczasem gdy siedzi się zbyt długo w okopie, okazuje się, że gdy z niego wychodzimy rzeczywistość jest całkowicie inna niż ta, którą zastaliśmy wchodząc do niego. Społeczne niezadowolenie, które narosło przez kilka ostatnich lat przyczyniło się do rozwoju zjawiska, które dziś nazywane jest ochoczo „populizmem”. Czym jest i kto sprawił, że wpadliśmy w jego zasadzkę?

Doktrynalna definicja populizmu objaśnia, iż jest to założenie negujące instytucje demokracji liberalnej niepochodzące z wyborów powszechnych, założenie uderzające w elity państwa, warstwę intelektualistów, polityków, prawników i skierowane jest do przeciętnego człowieka o przeciętnym losie. Wydaje się do tego momentu, że nie jest wcale tak źle? Populista zwykle posługuje się kłamstwami, półprawdami, sloganami, które wychodzą z błędnych założeń i mają grać na emocjach ludzi zamiast przemawiać do nich liczbami i faktami. Określenie kogoś „populistą” spodobało się właśnie elitom jako pogardliwe nazwanie polityka po drugiej stronie frontu – populista to ten kto jest zły, kto manipuluje żeby trafić w to, co człowiek chce usłyszeć i za czym zagłosuje. Brawo! Od 2015 roku elity świata demokratycznego odkrywają, na czym polega demokracja, jak wygląda polityka i skrytykowali metody działania samych siebie sprzed lat – puste obietnice bez pokrycia, granie na emocjach – tylko, że teraz znaleźli się ci, co robią to lepiej i odwołują się do innych wartości, przede wszystkim narodowych, a obudzenie tych resentymentów w państwach członkowskich Unii Europejskiej i na całym świecie diametralnie odmieni polityczne oblicze świata, który znamy – doprowadzi do wzrostu polityki interwencjonistycznej, protekcjonizmu, być może wojen handlowych i przede wszystkim zagrozi istnieniu samej Unii.

Krzyknięcie z oburzeniem w mediach, że ktoś, kto myśli inaczej ode mnie jest populistą i próba obrzydzenia go to pójście na polityczną łatwiznę, zwłaszcza w Polsce. Nie od dziś wiadomo, że Polak idzie do wyborów głównie po to, by „nie rządził Kaczor” albo „nie wrócił Tusk”. Granie na emocjach jest domeną miażdżącej większości polityków na świecie i jest to zabieg stary jak świat, w którym politycy w krajach gdzie funkcjonuje mechanizm wyborów powszechnych dają swoim wyborcom spektakl. Grają sztukę, a wyborca wybiera, która farsa zohydziła go mniej. W ten sposób swoje stanowisko zajął Emmanuel Macron we Francji po agresywnej kampanii francuskiej elity przeciwko Le Pen, tak też wygrał w Polsce Jarosław Kaczyński po katastrofalnych rządach PO zarówno w kwestiach rozkładu państwa, którego instytucje, paradoksalnie uzbrojone w multum kompetencji słabe były wobec dużych przekrętów i afer, a wszechmogące wobec pani na targu z truskawkami, a także w kwestiach wizerunkowych na wskutek ujawnionej afery taśmowej. Na odpowiedź kto i co wpuściło nas w pułapkę populizmu należy stanowczo odpowiedzieć, iż zrobiły to poprzednie ekipy, które rządziły w latach kryzysu i po kryzysie 2007-2009. Dziś za Trumpa odpowiedzialny jest Obama i Hillary Clinton z powodu nieudolnej polityki, braku odpowiedzi na realne potrzeby zwykłego człowieka, dopuszczenie do powstania kryzysu i pogłębienie go, wzrost bezrobocia, wzrost cen, obniżenie perspektyw rozwoju, aż w końcu z powodu słabej kampanii prezydenckiej Pani Clinton opartej na motywie „byle nie Trump”. Głupotą jest robić to samo i oczekiwać innych efektów. Oderwanie od rzeczywistości, odwrócenie się od zwykłego człowieka, brak konkretów aż w końcu zacietrzewienie ideologiczne i próba stania się monopolistą na prawdę – to wszystko doprowadziło do buntu jakim było odwrócenie się w wyborach od partii socjalliberalnych i socjaldemokratycznych. Grajków na ludzkich emocjach pokonała finalnie jedna z najsilniejszych emocji – strach przed falą imigracji, która zmieniła oblicze Europy Zachodniej. Nieważne jak bardzo będziemy się tego wypierać i oskarżać krytyków polityki migracyjnej UE o rasizm i faszyzm, fala migracji zsunęła na bok problemy natury ekonomicznej z dyskusji politycznej i stała się jednym z najważniejszych i uniwersalnych tematów dzielących ludzi w prymitywne plemienne stanowiska lewicy i prawicy, doprowadziła do ogromnego wzrostu napięcia pomiędzy grupami etnicznymi względem np. lat 2005-2015, przyniosła również setki ofiar zamachów terrorystycznych, wzrost przestępczości, spadek poczucia bezpieczeństwa. Człowiek, który zaczyna się bać nigdy nie postawi ideologii ponad perspektywę spokoju i bezpieczeństwa, a polityków, którzy wręczyli mu taki prezent nigdy nie wybierze, choćby miał zagłosować na najgorszego kandydata, byle nie pochodził on z poprzedniego układu.

Głośnym przypadkiem ostatnich dni jest wybór Jaira Bolsonaro w Brazylii. Ameryka Południowa to prawdziwa sinusoida nastrojów społecznych. Jedyny kraj uznany za wysoko rozwinięty to Chile, pozostało borykają się w wieloma problemami takimi jak bieda, w najgorszym wypadku głód jak w Wenezueli. Raz narody wybierają skrajnie lewicowe frakcje, by gdy nic się nie zmieni wybrać prawicę. W przypadku wygranej Bolsonaro NIKT nie pochylił się na tym, jak wyglądała Brazylia pod rządami lewicowej Partii Pracujących (prezydentura Luli da Silvy, obecnie odsiadującego karę więzienia za korupcję, prezydentura zdjętej z urzędu przez impeachment socjalistki Dilmy Rouseff za nielegalne ukrywanie faktycznego zadłużenia Państwa). W kręgach elity refleksja dotyczyła tego, jak to możliwe, że ludzie głosują na Bolsonaro? Ten człowiek chwali dyktaturę wojskową, jest homofobem, a co gorsza, neoliberałem. Nikt nie powiedział nawet jednego „przepraszam”, nie było mowy o przyznaniu się do błędu, a lata kryzysu, biedy, ogromnej korupcji urzędników od lokalnej sprzątaczki po prezydenta były otrąbione jako sukces socjalistycznego rządu. Dlaczego ludzie nagle dali się uwieść „populiście”? Wśród politycznych i medialnych elit pada przeważnie stwierdzenie, że „narasta fala faszyzmu, więc musimy jeszcze bardziej i jeszcze mocniej prowadzić politykę, którą dotychczas uprawialiśmy” – czyli tę, przez którą przegrali wybory i odchodzą w polityczny niebyt, skazani na wieczne ławy opozycji. W świecie post-prawdy i relatywizacji wartości groteskowo brzmią ci, którzy przekonują o słuszności ich racji. Sami przez lata zaprzeczali swoim wartościom jak choćby tolerancja religijna atakując Chrześcijan, wyśmiewając i szkalując wartości, które są dla milionów ludzi istotne i ważne w ich życiu.

To właśnie elity polityczne i medialne lat 2008-2015 sprawiły, że dziś do władzy dochodzą ci, którzy wygrywają wybory na sloganach. We Włoszech koalicja rządząca chce jednocześnie wprowadzić podatek liniowy w wysokości 15% i … gwarantowany dochód podstawowy w wysokości 780 euro. W Brazylii prezydentem będzie człowiek, który mówił, że lepiej jest być martwym niż być gejem. W Polsce mamy do czynienia z protekcjonistyczną partią, która ku uciesze ludzi starej daty walczy po cichu z biznesem i przedsiębiorczością (czyli tzw. „prywaciarzami”), uzbraja Skarbówkę w broń, daje im możliwość wchodzenia do prywatnych siedzib „bez pukania”, wprowadza obowiązek donoszenia do Skarbówki przez radców prawnych i doradców na swoich klientów. Świat nowej fali nie będzie idealny i na „dobrej zmianie” ucierpi wiele wypracowanych w poprzednich latach wolności, często nawet wbrew woli wyborców, którzy w wyborach demokratycznych nie mieli lepszej możliwości jak zagłosować przeciwko tym, którzy swoją nieudolnością wepchnęli ich w ręce populistów.

—————————————————————————————————————————————————

Damian Kossakowski
25,11,2018