Za nami kolejne wybory do Sejmu. Gdy emocje już opadły, a głosy przeliczone na mandaty, można pokusić się o analizę – kto tu wygrany, a kto przegrany. Kto osiągnął swoje cele, a komu się nie udało. Można porównać najnowsze wyniki wyborcze, używając dwóch kryteriów:
– wyniki z poprzednich wyborów w 2015 aspiracje różnych ugrupowań (mogły walczyć np. o utrzymanie lub przejęcie władzy, o dwucyfrowy wynik, czy o samo wejście do parlamentu).

PiS – wygrał, bo nie miał z kim przegrać .

Niewątpliwym zwycięzcą wyborów okazał się rządzący PiS, przekraczając 40% głosów i utrzymując samodzielną większość w Sejmie. Sukces to bez precedensu. Owszem w III RP zdarzyło się już partii rządzącej obronić swój status (PO w 2011), wtedy jednak była w koalicji z PSL. Zdarzył się też zbliżony wynik ponad 40% (SLD w 2001), wtedy jednak do samodzielnych rządów zabrakło zwycięzcom trochę mandatów.

Skąd taki (przyznajmy) świetny wynik ? Jednym z głównych powodów było szczodre rozdawnictwo (program 500 plus itp.) bardzo obciążające budżet państwa, ale przez wyborców lubiane. Innym czynnikiem był konsekwentny opór rządu przeciw przyjmowaniu „uchodźców” (czyli nielegalnych imigrantów), znowu w zgodzie z opinią większości Polaków. Nie od rzeczy jest też fakt, że PiS uczył się na własnych błędach i nabrał trochę pokory. Przykładem afera marszałka Kuchcińskiego, który rządowe samoloty pomylił z taksówkami dla własnej rodziny – za karę pożegnał się ze stanowiskiem, tuż przed wyborami. Wreszcie premier Morawiecki – do niedawna mało znany poza światem finansów, przełamał dystans do mediów, polubił kontakt z tłumem, i stał się (o dziwo) atutem partii rządzącej. Niewątpliwie popularności przysporzyła mu też asertywna decyzja, gdy odwołał wyjazd do Izraela po obraźliwej odzywce tamtejszego ministra pod adresem Polaków.

Last but not least – PiS był silny słabością PO, głównej partii opozycyjnej. Nie umiała ona wykorzystać potknięć i wpadek rządu do konstruktywnej krytyki. Wśród kibiców piłkarskich popularna jest anegdotka o trenerze Górnika Zabrze (seryjny mistrz w czasach PRL), który na gratulacje po kolejnym tytule odpowiedział – Wy mi nie gratulujcie, bo z takim składem to i moja teściowa wygrałaby ligę. Gdyby J. Kaczyński miał złośliwe poczucie humoru, to mógłby powiedzieć – Z taką opozycją to i mój kot wygrałby wybory.

Z wolnościowego punktu widzenia wygraną PiS wolno przyjąć z mieszanymi uczuciami – partia ta niewątpliwie ugrała kilka plusów w polityce historycznej, migracyjnej czy zwalczaniu wyłudzeń. Minus natomiast należy się za rozdawnictwo – nie do utrzymania przy gorszej koniunkturze, drenujące budżet państwa, i oduczające samodzielnego myślenia.

Co do „stronnictw sojuszniczych” PiS – Porozumienia (J. Gowin) i Solidarnej Polski (Z. Ziobro), osiągnęły one dość dobry rezultat (po kilkanaście mandatów), wątpliwe jednak czy przełoży się to na ich realne wpływy w obozie rządzącym.

PO – jeździec bez głowy

Drugi wynik osiągnęła PO i jej sojusznicy, przekraczając 25%. Powiedzmy od razu – to ugrupowanie jest największym przegranym wyborów. Ich wynik nijak ma się bowiem do szumnych zapowiedzi, jak to PO odbierze PiS władzę. Mało tego, wynik jest gorszy niż w 2015, zważywszy, że PO startowało w formule Koalicji Obywatelskiej, wraz z Nowoczesną i marginalnymi Zielonymi (w tamtych wyborach PO i Nowoczesna zyskały łącznie ponad 30%). PO i Nowoczesna zanotowały też wyraźny spadek liczby mandatów (w poprzedniej kadencji miały łącznie ponad 160 posłów, w tej ok. 130).

Winnego przegranej nie trzeba daleko szukać – jest nim lider partii G. Schetyna (i gdy w ostatniej chwili usiłował się schować za plecami M. Kidawy Błońskiej, ogłaszając ją kandydatką na premiera) – zemściło się hasło „opozycji totalnej” sprowadzającej się do krytyki z definicji wszystkich działań PiS-owskiego rządu. Zemściły się również wspólne marsze z niesławnym KOD („broniącym demokracji” przed wynikami wyborów, a na swojego przywódcę wybierającym alimenciarza). Zemściło się histeryczne alarmowanie o „końcu demokracji w Polsce” (mniej więcej co kilka tygodni), nie opłaciła się przyjaźń z „elitami” typu A. Michnik, T. Lis czy M. Olejnik, nieukrywającymi pogardy do przeciętnego mieszkańca „tego kraju”.

Bardzo złym pomysłem było też straszenie Polaków, jak to UE wprowadzi na nas sankcje za niewpuszczanie „uchodźców” czy też „łamanie praworządności”. Czego jak czego, ale skarżenia za granicę to Polacy genetycznie nie lubią, a to z przyczyn historycznych.

PO zmarnowało natomiast szansę na merytoryczną krytykę PiS, który nie ustrzegł się błędów. Przykładem choćby polityka socjalna, gdzie politycy PO jednego dnia ganili 500 plus, a po jakimś czasie sami obiecywali jeszcze hojniejsze rozdawanie. Wiarygodność PO nie była tu zbyt wysoka, mówiąc oględnie.

Wreszcie, niedźwiedzią przysługę wyświadczyli PO niektórzy jej samorządowcy, by wymienić tylko prezydenta Warszawy (R. Trzaskowski) i Gdańska (A. Dulkiewicz). Pierwszy hojną ręką (z pieniędzy warszawskich podatników) wspomagał wszystkie tęczowe inicjatywy typu „tramwaj różnorodności”, a wiceprezydentem mianował P. Rabieja, marzącego o homo-adopcjach. Nie potrafił sobie za to poradzić z wyciekiem ścieków do Wisły, gdzie aż rząd musiał wysłać na pomoc wojsko. Druga zabłysnęła natomiast pomysłem, żeby rocznicę niemieckiej agresji na Polskę uczcić „radosnym pochodem”, wspierała poza tym tęczowe parady, gdzie dochodziło do parodiowania religijnych rytuałów. Nie dziwi więc, że Polacy nie chcieli powtórki takich rządów w skali kraju.

Z punktu widzenia wolnościowca porażka obecnej PO musi cieszyć, wypada natomiast życzyć tej partii jak najszybszego wyboru bardziej rozumnego przywództwa. Silna opozycja jest w demokracji potrzebna, pod warunkiem, że jest merytoryczna, a bynajmniej „totalna”.

SLD – lewica wraca do gry.

Jeśli ktoś wyciągnął wnioski z wyborów 2015, był to na pewno obóz lewicy. W 2015 SLD podjęło bowiem niefortunną decyzję o kandydowaniu w formule koalicji Zjednoczona Lewica (próg wyborczy 8%), za sojusznika mając formację J. Palikota, a przeciwko sobie nowo powstałe Razem, które licytowało się z SLD na lewicową autentyczność. Skutek był ten, że ZLew z SLD ugrał 7.5%, ale do Sejmu się nie dostał (o paradoksie, to właśnie Razem – urywając SLD 3.5% głosów – umożliwiło wtedy PiS samodzielne rządy). SLD wyciągnął wnioski z pomyłki i do wyborów 2019 poszedł razem z Razem, do kompletu dobierając sobie Wiosnę (partia R.Biedronia, skrajna lewica obyczajowa). Wynik ponad 12% i niemal 50 miejsc w Sejmie zapewnił lewicowemu blokowi 3. miejsce i potwierdził, że wciąż ma swój elektorat. Zarazem jednak pokazał, że nie jest on aż tak liczny.

W klubie lewicy niemal połowa miejsc przypadła SLD, kilka mandatów wyrwało Razem, kilkanaście natomiast przypadło dla Wiosny. Dla wolnościowca nie jest to dobra wiadomość – o ile życie erotyczne jest sprawą prywatną każdego człowieka, o tyle plany wprowadzenia cenzury muszą budzić sprzeciw. Tymczasem politycy Wiosny wielokrotnie i otwarcie zapowiadali walkę o karanie „homofobii” i „mowy nienawiści” (czytaj – każdej krytyki tęczowych pomysłów i zachowań).
Patrząc na radosną twórczość niejakiej S. Spurek w Parlamencie Europejskim (zalicza żenujące wypowiedzi z regularnością, jakiej sam R. Petru by się nie powstydził), można też wątpić w merytoryczny poziom polityków tego ugrupowania.

Tak czy owak, lewicę (SLD/Wiosna/Razem) można zaliczyć do ugrupowań, którym wybory się udały – jednocześnie wskazując im ostatnie miejsce w gronie wygranych. Niewątpliwe powrót z niebytu to dla nich krok do przodu, będą jednak jednym z niewielkich ugrupowań opozycji, w dodatku wewnętrznie rozbitym na 3 części.

PSL – jeszcze koniczynka nie zginęła.

O ile PiS jest największym wygranym wyborów, o tyle drugim (co do możliwości i aspiracji przełożonych na wyniki) można ogłosić PSL. W 2015 partia ta ledwo prześlizgnęła się przez próg wyborczy, przez połowę kadencji wegetując cichutko w Sejmie, mając ledwie kilkanaście mandatów. Analitycy i dziennikarze całkiem poważnie się zastanawiali, czy aby partia spod znaku zielonej koniczynki znajdzie się w kolejnym Sejmie, czy też przypadnie jej los opozycji pozaparlamentarnej.

Tymczasem PSL poprawił wynik o połowę, wygrywając ponad 8% głosów i zajmując 4. miejsce z 30 mandatami. Kluczem do sukcesu była osoba nowego lidera (W. Kosiniak Kamysz) i ryzykowna decyzja o wspólnym starcie z politykami P. Kukiza.

PSL dokonał dwóch udanych manewrów – zerwał z wizerunkiem partii klasowej, chłopskiej, otwierając się również na elektorat w miastach (poniekąd z konieczności, bo coraz więcej elektoratu na wsi urywał mu PiS). Przedstawiał się też (całkiem wiarygodnie) jako partia centrowa, niestająca po żadnej stronie barykady w obyczajowo-kulturowych wojenkach. Taki też cel miała sławna wypowiedź lidera partii, że PSL nie chce ani robić obyczajowej rewolucji, ani też nikomu zaglądać pod kołdrę.

Wielu wyborców zmęczonych duopolem PO-PiS (a nie podzielających tęczowych zapędów lewicy) zagłosowało więc na PSL, widząc w nich czy to największe dobro, czy to najmniejsze zło. Ciekawostką jest fakt, że niektóre sondaże wskazywały lidera ludowców jako potencjalnego rywala A.Dudy w II turze wyborów prezydenckich.
wolnościowy wyborca winien docenić przygarnięcie na pokład kilku wolno-rynkowych Kukizowców (jak choćby S.Tyszka), zerwanie z formułą partii klasowej, czy retorykę „nowego PSL” jako partii centrum i umiaru. Partia centrowa mogłaby się w Polsce przydać, o ile nie będzie związkiem zawodowym polityków (a tak wyglądał PSL choćby w czasach W.Pawlaka).

Na marginesie można zauważyć, że P.Kukiz wprawdzie obronił mandat, ale z lidera trzeciej siły w Sejmie stał się szeregowym posłem czwartego ugrupowania. Z 40 dawnych Kukizowców w nowej kadencji weszło do parlamentu 6. Cóż, jak widać, nie idzie robić polityki bez pieniędzy, ani też „bezpartyjnej partii”. Kukiz – czarny koń z 2015 – okazał się gwiazdą jednego sezonu.

Konfederacja – czy będzie chleb z tej mąki ?

Jeszcze do niedawna nietrudno było wskazać „wiecznego przegranego” w polskiej polityce – był nim Janusz Korwin Mikke. Polityk ten stawał do kolejnych wyborów (parlamentarne, prezydenckie, samorządowe, uzupełniające …) przez 20 lat nieodmiennie zbierając większy lub mniejszy łomot. Nie bez winy był też charakter samego działacza, lubującego się w kontrowersyjnych wypowiedziach. Klasycznym przykładem była nieszczęsna uwaga o podatkach w III RP, rzekomo gorszych niż za okupacji III Rzeszy. Niefortunna wypowiedź miała na celu krytykę fiskalizmu polskiego państwa, „życzliwe” media zrobiły z niej natomiast pochwałę hitleryzmu.

Korwin miał jednak to do siebie, że działał z wielkim uporem, niezrażony kolejnymi porażkami, wytrwale pisał (publicystą jest znacznie lepszym niż politykiem), i wychował sobie generację „kuców”, tzn. wiernych sobie młodych. Przełomem były euro-wybory 2014, gdy partia Korwina (Nowa Prawcia) przełamała próg 5% i wprowadziła 4 euro-deputowanych, w tej liczbie samego JKM. Pękł wtedy mit wiecznego „przegrywa”, który nigdy sobie nie poradzi, a poparcie będzie liczył w promilach.

W wyborach 2015 partia KORWIN była bliska celu, przekraczając 4.5% (zabrakło im więc niewiele, ale jednak). Partia ta nie ustrzegła się kilku rażących błędów, np. w okręgu Toruń (gdzie jedynką została działaczka niemająca nic wspólnego z grodem piernika, ani też żadnych większych osiągnięć w politycznym CV). Taki wynik oznaczał jednak subwencje i obecność w mediach.

W 2019 partia JKM (tym razem pod szyldem Konfederacja) odniosła historyczny sukces. Wprawdzie 6% głosów oznacza 11 mandatów, dla tej partii samo przekroczenie progu jest jednak sukcesem. Należy więc zaliczyć ich do wygranych, zaraz za PiS i PSL.

W mediach typu Newsweek czy Gazeta Wyborcza ugrupowanie Korwina budzi wręcz histerię (choćby i sprzeciwem do roszczeń żydowskich czy niesławnej ustawy 447). Bywa im przypisywana „nienawiść do kobiet” (inna sprawa, że wodzowi zdarzały się takie kwiatki, jak stwierdzenie, że kobiety nie powinny głosować). Partia JKM nie kryje swojej wrogości do UE, chciałaby natomiast normalizacji stosunków z Rosją (to drugie akurat nie świadczy o nich źle).

Merytorycznych postaci jest w tym gronie ledwie kilka – anglista A.Dziambor, informatyk J.Kulesza, były poseł LPR K.Bosak. Nie brak też postaci co najmniej dziwacznych jak reżyser G.Braun, z jego fantazjami o batożeniu homoseksualnych, czy też marzeniami o koronacji Chrystusa na króla Polski.
Wolnościowiec winien docenić ekonomiczne postulaty konfederatów, na punkcie niskich i prostych podatków mają oni fioła (w pozytywnym znaczeniu tego słowa). Sprzeciw wobec hiperregulacji UE czy postulat polepszenia stosunków z Rosją również można ocenić pozytywnie.

Pod znakiem zapytania jest osoba lidera (w tej kadencji minie mu 80 lat). Wprawdzie jego wytrwałość budzi szacunek (per aspera ad astra – przez ciernie do gwiazd), barwna przeszłość tego polityka każe się jednak zastanowić, czy aby nie poświęci „trollowaniu” zbyt wiele czasu i energii.

Jeden postulat bardzo kontrowersyjny z wolnościowego punktu widzenia to żądanie niemal całkowitego zakazu aborcji, włącznie z przypadkiem gwałtu (!!!) Oznacza to w praktyce, że gdyby Polka zgwałcona w Rimini przez kilku „uchodźców” zaszła w ciąże, panowie konfederaci kazaliby jej urodzić – a to i w przypadku, gdyby płód był ciężko upośledzony. Trudno uznać taki postulat za zgodny z liberalizmem, choćby i konserwatywnym.

Zamiast zakończenia

Do polskich wyborów 2019 pasuje tytuł dawnego filmowego szlagieru – Cztery wesela i pogrzeb. Cztery ugrupowania (PiS, PSL, Konfederacja, SLD) mają różne powody do radości, jedno (PO) powinno uznać swoją porażkę. Nie wiemy, czy nowy Sejm będzie bardziej merytoryczny od poprzedniego (na wystawianie choćby wstępnych cenzurek trzeba jeszcze poczekać). Skład nowej izby (a zwłaszcza kilka nazwisk) podpowiada jednak, że nie powinno być nudno.

———————————————————————————————————————————————–

Michał Wirtel–absolwent politologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Zwolennik państwa minimum i wolnego rynku.
Publikuje w Centrum Obserwacji Mediów Stowarzyszenia KoLiber
(tłumaczenia artykułów czesko-i anglojęzycznych). Miłośnik psów dużych ras.