[FELIETON]Quo vadis Britannia?

Od dwóch lat opinia publiczna całej Europy, a może i świata, żyje historycznym wydarzeniem, jakim jest wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, czyli tzw. Brexit. No właśnie… jest, czy może raczej miało być? Otóż w świetle ostatnich wydarzeń okazuje się, że nic nie zostało jeszcze przesądzone, ale po kolei…

Zawsze własną drogą, niepokorni i interesowni. Gdy w 1973r. Brytyjczycy zdecydowali się na wyciągnięcie dłoni do Europy, dołączając się do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, doskonale wiedzieli co robią. Nie chodziło o wspaniałą ideę jednoczenia Europy pod hasłami pokoju, dobrobytu itd. Po prostu widzieli w tym swój interes i nieźle go pilnowali poprzez wynegocjowanie sobie tzw. rabatu brytyjskiego, dzięki któremu wpłacali niższe składki niż pozostałe państwa członkowskie.

Kłopoty zaczęły się od Traktatu Lizbońskiego, który zacieśnił współpracę w Unii Europejskiej np. poprzez powołanie organów do prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej. Wtedy domino ruszyło. Twarz Brexitu – eurodeputowany Nigel Farage – rozpoczął swoją ostra antyunijną kampanię. Ówczesny premier David Cameron obiecał przeprowadzenie referendum nad Traktatem lizbońskim ale się szybko wycofał, gdy zobaczył, że pozostałe państwa członkowskie prędko przystąpiły do ratyfikacji. Cameron miał opozycję we własnej partii (konserwatyści), która sama zaczęła nalegać na referendum i projekt przedstawiła już w 2013r. Premier się ugiął i poparł projekt, po czym sam stanął na czele kampanii za pozostaniem w Unii Europejskiej.

Jaki był tego wynik wszyscy doskonale wiemy. 23 czerwca 2016 r. 51,9% głosujących opowiedziało się za wystąpieniem z UE. Referendum okazało się strzałem w stopę dla premiera, który podał się do dymisji po takiej porażce. Choć według prawa brytyjskiego referendum wcale nie było wiążące to nowa premier – Teresa May – stwierdziła, że wola narodu musi zostać zrealizowana przez jego rząd i rozpoczął się długi proces wyjścia z Unii na mocy art. 50 Traktatu o Unii Europejskiej.

Negocjacje się rozpoczęły i trwały prawie dwa lata, ale wreszcie 25 listopada przedstawiciele Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej doszli do porozumienia w sprawie przyszłych relacji na linii Londyn-Bruksela. Opasły dokument ma 599 stron i porusza mnóstwo spraw, ale są takie, o których szczególnie warto wspomnieć. Po pierwsze – pieniądze. Wielka Brytania będzie musiała spłacić wszystkie zobowiązania wobec UE, co szacuje się nawet na 39 miliardów funtów, a im dłużej Brytyjczycy będą chcieli trwać w okresie przejściowym, tym więcej pieniędzy trzeba będzie wrzucić do unijnej skarbonki ze względu na składki. Po drugie – Irlandia Północna. Otóż patrząc na wyniki referendum z 2016r. pod względem podziału administracyjnego Wielkiej Brytanii, to Szkocja i Irlandia Północna opowiedziały się za pozostaniem w Unii i teraz ta nie chce swoich wiernych obywateli zostawić na pastwę państwa brytyjskiego. Otóż porozumienie przewiduje, że jeśli do końca 2020r. nie zostanie podpisana żadna umowa handlowa między Londynem a Brukselą, to Irlandia Północna będzie mogła handlować z Unią na specjalnych przywilejach, w odróżnieniu od reszty kraju i nawet po rozwodzie z Unią jej regulacje rynkowe mają bardziej odpowiadać unijnym standardom, co nie będzie wymagane wobec reszty części składowych Zjednoczonego Królestwa. Dolano oliwy do ognia.

Można by się spodziewać, że teraz wszystko pójdzie gładko i zgodnie z zapowiedzią 29 marca 2019r. Wielka Brytania powie UE ostateczne „Goodbye”, tylko że wynegocjowane porozumienie musi jeszcze zatwierdzić brytyjski parlament, a tam stanowisko rządu już wcale nie jest tak gorąco popierane. Zaplanowano pięć dni debaty, która miała się zakończyć głosowaniem, ale już czwartego dnia rząd wniósł o odroczenie głosowania widząc, że nawet własna partia nie stoi za nim murem. Czyżby Brexit stanął pod znakiem zapytania? Parlament nie chce takiego porozumienia a premier mówi, że jeśli Zjednoczone Królestwo chce dopiąć odejście z Unii to musi iść na kompromisy. Natomiast przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker stwierdził, że wynegocjowano najlepszy układ jaki można było i nie będzie ponownych negocjacji.

Jak wspomniałem wyżej nie tylko Północna Irlandia była za pozostaniem w Unii. Teraz Szkoci dołączają do gry i spędzają sen z powiek Londynowi. Proeuropejscy politycy ze szkockiego parlamentu zwrócili się do sądu z prośbą o zadanie pytania prejudycjalnego Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Pytanie dotyczyło tego, czy Zjednoczone Królestwo może pozostać w Unii jeśli jednostronnie wycofa wniosek o wystąpienie. Sąd wysłał pytanie w trybie pilnym i jak na złość Trybunał orzekł 10 grudnia (to jest na dzień przed planowanym głosowaniem w parlamencie brytyjskim nad porozumieniem wynegocjowanym przez rząd), że jak najbardziej Wielka Brytania może bez żadnych konsekwencji wycofać wniosek i pozostać w Unii. Szok był tak duży, że uruchomiły się wszystkie pro unijne instynkty parlamentu w Londynie i przestraszony rząd odroczył głosowanie, jak już było wspomniane. Na taką decyzję Teresy May pierwsza minister Szkocji, Nicola Sturgeon, zareagowała natychmiast mówiąc, że jest to ucieczka od odpowiedzialności za swoją politykę.

Co teraz? Czy Zjednoczone Królestwo zmieni zdanie i pozostanie w Unii? Czy parlament obali rząd Teresy May i wyłoni nowy gabinet, który odwróci dotychczasową politykę o 180 stopni? Londyn znów płonie… Może nie dosłownie, ale politycznie jak najbardziej. Quo vadis Britannia?

——————————————————————————————————————————————————————————

Konrad Wieczorek