Mamy w polskiej mentalności kult kolejnych powstań – niedobry spadek po wieku XIX, a konkretnie po epoce romantyzmu. Dość powszechne jest myślenie, że wszystkie zrywy były ważne i potrzebne, bez względu na ich rezultat. Coś jak w sporcie amatorskim – mniejsza o wynik, liczy się sam udział. W opinii przeciętnego Polaka powstania udowadniały złemu zaborcy, że dzielni Polacy nigdy przenigdy nie pogodzą się z niewolą, że nigdy się nie poddamy, że do ostatniej kropli krwi itp. Brakuje u nas natomiast myślenia w stylu Realpolitik (której próbował nas uczyć choćby Roman Dmowski). Takiej chłodnej, logicznej analizy, która kazałaby się zastanowić – czy aby wszystkie powstania się opłacały ? czy na pewno były konieczne ? czy przypadkiem nie istniała lepsza alternatywa ? Gdyby spojrzeć w ten drugi sposób (rachunek zysków i strat), mogłoby się okazać, że niektóre powstania wcale wybuchnąć nie powinny. Ot choćby powstanie 1831 roku (od pierwszego, wcześniejszego o rok starcia, nazwane listopadowym).

Nie taka Rosja straszna
Przeciętny Polak (zwłaszcza na południu kraju) spytany o „dobrych” i „złych” zaborców nie miałby problemów z odpowiedzią. „Dobrym” (czyli łaskawszym) okaże się Austria, w kontrze do „złych” Prus i szczególnie Rosji. Było tak rzeczywiście, ale aż po 1860 r., czyli w czasach Franza Josepha (który to monarcha przyznał swobody podległym narodom trochę z musu, ratując państwo przed kryzysem). Tuż po 1815 roku (gdy Kongres Wiedeński podzielił polskie ziemie po wojnach napoleońskich) sytuacja była akurat… dokładnie odwrotna. Najmniej swobód mieli Polacy w austriackiej Galicji, zakarpackiej prowincji rządzonej rozkazami przez gubernatora i starostów. Resztki samodzielności utrzymało Wlk. Ks. Poznańskie pod zaborem pruskim, gdzie początkowo zaborca szanował przynajmniej odrębne urzędy i język. A zdecydowanie najlepiej wiodło się ludności Królestwa Polskiego, pod berłem rosyjskiego cesarza. Królestwo Polskie (od sposobu utworzenia przezwane Kongresowym) było odrębnym – choć zależnym – państwem. Połączone unią z Rosją (cesarz Rosji był z urzędu królem Polski) miało jednak własny sejm, rząd, armię (!!!), pieniądz i prawo (w tym i liberalną konstytucję, rzecz w samej ówczesnej Rosji nie do pomyślenia). Zniszczony po wojnach napoleońskich kraj budził się do życia, a symbolem ożywienia stał się Uniwersytet Warszawski, wtedy właśnie utworzony. Nie było to państwo suwerenne (w zakresie polityki zagranicznej było zależne od Rosji, czyli od cesarza-króla), niemniej jego warunki polityczne były o niebo lepsze od tych narzuconych po rozbiorach w 1795 roku (gdy różne części Polski stały się po prostu prowincjami państw zaborczych). Nigdy żaden byt polityczny pod zaborami nie osiągnął równego stopnia samodzielności, co owo Królestwo (z wyjątkiem Księstwa Warszawskiego, które jednak miało nader krótką żywotność). Nie może więc dziwić, że ówczesnym hymnem Królestwa została pieśń [Boże, coś Polskę], gdzie w refrenie śpiewano – Naszego króla zachowaj nam Panie! (mając na myśli rosyjskiego cesarza).

Daleko od ideału
Skoro było tak dobrze, czemu było tak źle ? – szłoby spytać lekko złośliwie. Otóż rosyjski zaborca nie trzymał się prawa zbyt ściśle, po 1820 r. wprowadzając np. cenzurę prewencyjną, oraz uprawiając szpiegowanie studentów. Dużo złego zrobił też wielki książę Konstanty (brat cesarza, naczelny wódz armii Królestwa, i faktyczny wielkorządca tego kraju). Swoim poniżającym zachowaniem doprowadził wielu podwładnych oficerów do samobójstwa, i stopniowo stał się jedną z bardziej znienawidzonych postaci u Polaków. Głównym „winowajcą” po drugiej stronie był romantyzm – ideologia głosząca pochwałę buntu, porywu serca i „mierzenia siły na zamiary”. Dla młodych ludzi sprawa była prosta – wystarczy zbuntować się przeciw złemu tyranowi i porwać za sobą lud, a dobry Bóg będzie z nami (bo jakże miałby uczynić inaczej?) Na to wszystko nałożył się też odwieczny konflikt pokoleń. Dla „starych” (teraz już pułkowników, profesorów, senatorów) sytuacja nie była taka zła (mogli wszak porównać autonomiczne Królestwo z porozbiorową mizerią czy z chaosem wojen napoleońskich). Dla „młodych” (studentów, literatów, poruczników) stan faktyczny był niedopuszczalny – oto w wojsku szaleje arogancki książę Konstanty, cenzura wycina nam niepoprawne artykuły i wiersze, a stara kadra blokuje możliwość awansu…

Miłe złego początki
Bezpośrednim powodem wybuchu walk (pod koniec listopada 1830 r.) były plany cesarza-króla, zakładające wysłanie polskich wojsk do pacyfikacji zbuntowanej Belgii (właśnie walczącej o wyzwolenie od Holandii). Mało kto wie, że na czele rewolty stanęli ludzie w wieku ok. 30 lat, a wśród pierwszych ofiar zabitych przez powstańców było sześciu polskich generałów (!!!) trzeźwo a krytycznie oceniających bunt. Pierwszym celem spiskowców był naturalnie książę Konstanty, którego nie udało się dopaść (jego ucieczka wzbudziła jednak wesołość). Kiedy w grudniu wieści o buncie dotarły do Petersburga, trzeba było się zdecydować – albo się bić, albo prosić o łaskę.
W styczniu 1831 r. polski Sejm zdetronizował rosyjskiego cesarza, pozbawiając go tytułu polskiego króla. Oznaczało to po pierwsze, przywrócenie niezależności, po drugie, otwartą wojnę z Rosją. Tak oto Polska (4 mln ludności) stanęła naprzeciw Rosji (45 mln) z tyłu mając nieprzyjazne Prusy (12 mln). Tego starcia nijak wygrać nie mogła, bo na pomoc Francji, (będącej tuż po kolejnej rewolucji), nie było co liczyć. A trzeba pamiętać, że od zachodu nie graniczyliśmy z Francją, a z Prusami właśnie. Krótki czas między detronizacją władcy a późniejszym upadkiem Warszawy (czyli kilka miesięcy 1831) był jedynym momentem dziejowym w XIX w., gdy istniało rzeczywiście suwerenne państwo polskie. Ze względu na dużą dysproporcję sił między Polską a Rosją (wspieraną po cichu przez Prusy) owemu polskiemu państwu nie był jednak pisany długi żywot.

To się nie mogło udać
Po detronizacji monarchy na Warszawę ruszyła rosyjska armia (ponad 100 tys.) pod wodzą feldmarszałka I. Dybicza. Powstrzymana w krwawej bitwie pod Olszynką Grochowską (luty 1831), cofnęła się na wschód (nie tak znowu daleko, bo jakieś 100 km). Przełomowym momentem dla powstania była bitwa pod Ostrołęką (maj 1831), po której inicjatywa strategiczna przeszła na trwałe w ręce Rosjan. Nie chcąc znowu szturmować Warszawy najkrótszą drogą, nowy rosyjski wódz I. Paskiewicz obszedł ją od zachodu. Rosyjska armia przekroczyła Wisłę w rejonie Włocławka (przeprawę pomogli zbudować usłużni Prusacy), a dwudniowy szturm Warszawy (wrzesień 1831) oznaczał klęskę powstania. Jego koniec wyznaczyło przekroczenie pruskiej granicy pod Brodnicą przez wojsko polskie, oraz kapitulacja twierdz Modlin i Zamość (październik 1831 r.). Kampania 1831 r. ujawniła kilka talentów wśród polskich generałów (J. Chłopicki, J. Bem, czy zwłaszcza I. Prądzyński). Polacy odnieśli też szereg zwycięstw w mniejszych, lokalnych starciach (choćby pod Stoczkiem czy Iganiami). Powstaje więc pytanie – gdyby nie zachowawcza postawa dowódców, gdyby naczelnym wodzem był taki np. Prądzyński, czy powstanie można by wygrać? Odpowiedź jest niestety negatywna. Do wygrania była co najwyżej kampania 1831 roku, po której przyszłyby dalsze starcia. A dysproporcja sił między Polską a Rosją była zbyt duża, żeby najpóźniej do 1833 r. nie przyszła decydująca porażka. Zwłaszcza że w skrajnym wypadku z „bratnią pomocą” przyszłyby Prusy, które niepodległej Polski stanowczo sobie wtedy nie życzyły ( w nagrodę mogłyby dostać kilka przygranicznych powiatów – Kalisz, Częstochowę, czy nawet Płock). Tak więc powstanie upadło po niecałym roku, a Polakom przyszło zapłacić cenę za wyskok młodych romantyków. I to cenę całkiem wysoką – tysiące złamanych życiorysów i zlikwidowane państwo.

Nie warto było, wcale nie, nie warto było…
Przegrane powstanie nie oznaczało powrotu do poprzedniego statusu. Oznaczało pogorszenie stanu rzeczy (i to drastyczne). Królestwo Polskie zostało włączone do Cesarstwa Rosyjskiego, z odrębnego (choć zależnego) państwa stając się zwykłą prowincją zaborczego mocarstwa. Zlikwidowano sejm, rząd, armię, konstytucję, a nawet uniwersytet w Warszawie (utożsamiany z buntowniczą młodzieżą). Stopniowo likwidowano odrębne instytucje, np. zamieniając województwa na gubernie czy wprowadzając rosyjski system miar i wag. Na 25 lat nadeszła epoka rządów I. Paskiewicza, zdobywcy Warszawy mianowanego carskim namiestnikiem. Nie trzeba chyba dodawać, że nie wyróżniał się on zbyt łaskawym podejściem do podbitej ludności. Tysiące Polaków zostało zesłanych na Syberię czy wcielonych do rosyjskiego wojska, z którego w owym czasie z reguły nie było powrotu (epokowa reforma, skracająca służbę wojskową z 20 do 6 lat, nadeszła w Rosji aż po 1870 r.). W lepszym wypadku byłych powstańców czekało biedowanie „na paryskim bruku” (Wielka Emigracja liczyła jakieś 10 tys. polskiej elity). Taka była cena, którą Polacy zapłacili za samobójcze powstanie, które nie mogło zakończyć się sukcesem. Warto też przytoczyć pouczający przykład z ery konstytucyjnej – proces przed Sądem Sejmowym w 1828 roku. Otóż grupka Polaków została oskarżona o zdradę stanu, bo tak oskarżenie rozumiało działalność w Towarzystwie Patriotycznym. Sąd Sejmowy uniewinnił jednak oskarżonych, orzekając, iż owa działalność nie oznacza zdrady stanu. Cesarz-król, choć wściekły, wyrok ten uszanował. Po 1831 r. natomiast rządzono Królestwem prawami stanu wojennego, w myśl których namiestnik miał prawo karać śmiercią Polaków nawet i bez wyroku sądu. Jak widać, przed 1830 r. z wolą Sejmu musiał się liczyć nawet sam monarcha, a po 1831 r. jego podwładni bywali panami życia i śmierci podległej sobie ludności. Trudno uznać, żeby była to zmiana na lepsze. Podobnie zresztą jak wywłaszczenie, wysiedlenie czy wygnanie polskich elit, oraz pognanie polskich szeregowych do służby (teraz w obcym mundurze) gdzieś na Kaukazie.

A gdyby wzorem Finlandii ?
Część polskiego społeczeństwa (ta rusofobiczna część) wyznaje opinię, że zły zaborca tak czy owak czyhał na polskie swobody, i na pewno by je zgniótł przy pierwszej okazji. Takiej opinii przeczą jednak fakty. Otóż obok Królestwa Polskiego istniał podobny twór państwowy – Wielkie Księstwo Finlandii, również zależne od Rosji (a utworzone kilka lat wcześniej, po wojnie ze Szwecją). Finowie ani myśleli się buntować przeciw władzy rosyjskiego cesarza (było ich zresztą mniej niż Polaków, a z Petersburga do Helsinek jest znacznie bliżej niż do Warszawy). Protestancki (a też przeważnie chłopski) naród zajął się pracą u podstaw, pilnując swojej odrębności. Finlandia nie wyszła na tym źle, właśnie w XIX w. stając się nowoczesnym społeczeństwem. Rzecz ciekawa, kolejni rosyjscy władcy wcale nie chcieli naruszać fińskiej autonomii (taki np. Aleksander II nawet ją utrwalił, za co do dziś ma w Helsinkach pomnik). Aż po 1890 r. nadszedł krótki okres rusyfikacji, któremu położyła kres rewolucja 1905 r. (przywracająca swobody Finlandii w pełnym zakresie). Kolejna rewolucja w 1917 roku umożliwiła Finom oderwanie sie od Rosji i utworzenie w 1918 roku niepodległej republiki. Gdyby Polacy w 1830 roku posłuchali swoich generałów i senatorów, a nie spiskowców Wysockiego, źle by na tym nie wyszli. Autonomiczne Królestwo, istniejące przez resztę XIX w. oszczędziłoby Polakom takich wątpliwych atrakcji, jak rusyfikacja szkolnictwa, zesłania patriotów na Syberię czy wszechwładza skorumpowanych carskich czynowników. Sieć kolejowa z pewnością byłaby rozwinięta o niebo lepiej, służąc interesom polskiej gospodarki, a nie rosyjskich generałów. A i ludność żydowską szłoby w dużym stopniu spolonizować, gdyby istniały w tym czasie polskie szkoły i uniwersytet. Z całą pewnością istnienie odrębnego Królestwa wpłynęłoby pozytywnie na życie Polaków w innych zaborach – ani Austria, ani nawet Prusy nie zapędzałyby się zbyt daleko w germanizacji, mając za miedzą polskie państwo, polską armię, i polskie lobby w Petersburgu. Wreszcie w 1914 r. Królestwo Polskie (wtedy już Kraj Nadwiślański) liczyło ponad 10 mln ludności. Gdyby utrzymało status z 1830 r., bez trudu mogłoby wystawić ponad 300 tys. armię. Nietrudno ocenić, że znaczenie Polski byłoby już wtedy większe (a droga do samodzielności łatwiejsza) niż z 15 tys. ochotników w Legionach Polskich pod rozkazami Austrii.

Jaka nieładna katastrofa
Powstanie listopadowe bywa wychwalane jako jeden z bohaterskich polskich zrywów – a powinno być potępiane jako jedno z najbardziej szkodliwych wydarzeń w naszej historii. Przed 1830 r. los Polaków nie był idealny – po 1831 r. stał się jednak dużo gorszy, właśnie w bezpośrednim wyniku owego nieszczęsnego powstania. Stosując terminologię piłkarską, szłoby porównać je do efektownego gola, tyle że samobójczego. Kto woli słownictwo wojskowe, mógłby określić je celnym strzałem, tyle że we własną stopę. Co chyba najgorsze, owa klęska nic Polaków nie nauczyła. Właśnie po powstaniu listopadowym zaczął się szerzyć kult pięknej przegranej (znowuż z winy romantyków). Skutkiem takiej mentalności były kolejne nieudane zrywy – groteskowe powstanie krakowskie z 1846 roku, tragiczne powstanie styczniowe 1863 roku, czy w odległej perspektywie – najbardziej katastrofalne powstanie warszawskie 1944. Trudno uniknąć gorzkiego wniosku, że Polacy w 1830 roku nie zdali egzaminu z Realpolitik (a przykład Finlandii udowodnił, że była to droga znacznie rozumniejsza). Zupełnym kuriozum jest natomiast Dzień Podchorążego, uroczyście dziś świętowany w akademiach wojskowych 29 listopada właśnie.
W ten sposób przyszli oficerowie celebrują rocznicę buntu, i to prowadzącego prosto do klęski armii i narodu (o rok późniejszej).

 

Pamiętajmy o powstaniu 1831 roku, ale pamiętajmy je takim, jakim było – niepotrzebnym, przegranym i zakończonym bardzo złą zmianą (tzn. likwidacją państwowości). Jeśli owo powstanie czegoś ma nas nauczyć, niech nauczy krótkiego zdania – POLAKU, WŁĄCZ MYŚLENIE.

—————————————————————————————————————————————————–
Michał Wirtel – absolwent politologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Zwolennik państwa minimum i wolnego rynku.
Publikuje w Centrum Obserwacji Mediów Stowarzyszenia KoLiber
(tłumaczenia artykułów czesko-i anglojęzycznych). Miłośnik psów dużych ras.