Tradycyjna pozycja klasycznych liberałów w kwestii wolności słowa jest oparta na koncepcji wolności negatywnej(jak i w ogóle sam klasyczny liberalizm) co wyraża się na przykład w pierwszej poprawce do Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Zasadę wolności negatywnej można ująć w prostej maksymie- „Wolno robić wszystko co nie narusza życia, zdrowia i własności twoich bliźnich”. Zaaplikowanie tej zasady do kwestii wolności słowa ma szczególne znaczenie dla zachowania zarówno prawa naturalnego jednostek jak i wolnego społeczeństwa. Co do prawa jednostki, podstawowym prawem jest prawo do twórczego dysponowania swoim umysłem, którego pozbawienie jest jednym z gorszych rodzajów niewoli jakie cierpieć może człowiek. Osoba, która nie może wyznawać swojej religii, głosić swoich poglądów, przestrzegać zasad swojej kultury, z powodu arbitralnej zewnętrznej ingerencji nie cieszy się pełnią swoich naturalnych praw. Z drugiej strony wolny rynek idei, sytuacja w której ludzie mogą wymieniać, tworzyć i dyskutować nowe i stare idee jest najlepszym środowiskiem dla rozwoju i poszukiwania najlepszych rozwiązań czy to w sferze idei
czy też technologii czy jakiejkolwiek innej- właśnie to że społeczeństwa zachodnie były relatywnie wolne w porównaniu ze społeczeństwami reszty świata zapewniło Zachodowi tak niesamowity rozwój. Nie byłoby go bez(relatywnej) wolności słowa.W dzisiejszych czasach głównym frontem walki o wolność słowa na Zachodzie jest kwestia tzw. „mowy nienawiści” oraz poprawności politycznej. Jest to temat w którym tradycyjne klasycznie liberalne podejście jest moim zdaniem nie wystarczające, jeśli chcemy bronić nie tylko praw jednostek, ale i wolnego społeczeństwa. Zanim jednak się w nim rozwinę chciałbym odnieść się do obecnej sytuacji prawnej w Polsce, która nie jest zadowalająca.

W Polsce mamy co najmniej kilka zapisanych prawnie ograniczeń wolności słowa. Jednym z nich jest artykuł 135 kodeksu karnego zakazujący publicznego znieważania prezydenta RP. Najgłośniejszym przypadkiem wykorzystania tego artykułu przez państwo przeciwko obywatelowi, była sprawa „Antykomor”, portalu na którym pojawiały się treści krytykujące i wyśmiewające ówczesnego prezydenta RP , Bronisława Komorowskiego. Akcja organów państwa spotkała się wtedy ze słuszną krytyką zaniepokojonych o wolność słowa. Obywatele nie powinni się obawiać tego, że krytyka organów państwa może doprowadzić ich pod sąd. Zagrożeniem dla wolności słowa są też przepisy antydyskryminacyjne. Można tu podać przykład łódzkiego drukarza, który kierowany swoimi katolickimi, religijnymi przekonaniami odmówił wydrukowania materiałów promocyjnych dla organizacji LGBT. Niestety drukarz został ostatecznie skazany. Kolejnym „antywolnościowym” artykułem kodeksu karnego jest tez mówiący o ochronie uczuć religijnych na podstawie, którego ostatnio skazano Jerzego Urbana za opublikowanie antychrześcijańskiej karykatury. Oczywiście na postać i działalność byłego rzecznika rządu PRL, nie można patrzeć inaczej niż skrajnie negatywnie, ale stojąc na gruncie uniwersalnej zasady wolności słowa, należy sprzeciwić się decyzji sądu. Prawdziwi zwolennicy wolności słowa popierają prawo do wypowiedzi, które im się nie podobają i są niezgodne z ich światopoglądem. Popieranie prawa do wypowiedzi z którymi się zgadzamy i, które nam się podobają nie jest żadnym wyczynem. Największy tyran pozwala swym pochlebcom go wychwalać. W Polsce istnieją także inne bariery prawne dla wolności słowa i wszystkich nie da rady pokryć w jednym felietonie.

Głównym argumentem, który chce podnieść jest to, że nie tylko należy sprzeciwiać się powyższym, prawnym ograniczeniom wolności słowa. Obok tych prawnych ograniczeń, które jednak dotyczą tylko szczególnych przypadków i nie są wyjątkowo uciążliwe(co nie oznacza oczywiście, że nie należy ich znieść) rysuje się inne zagrożenie, którego ludzie przyzwyczajeni to patrzenia w kategoriach tylko i wyłącznie wolności negatywnej mogą nie dostrzegać. Jest to wspominana wcześniej kwestia poprawności politycznej. Widzimy to w działalności technologicznych gigantów takich jak Twitter czy Facebook. Organizacje te dość często blokują bądź też ograniczają wypowiedzi o charakterze prawicowym. Libertariańscy ortodoksi są zwykle bezradni w tej kwestii i ich jedyną odpowiedzią na problem jest odwołanie się do prawa właścicieli portali do tworzenia na ich portalach takich zasad jakie im się żywnie podobają. Podzielam ich sceptycyzm co do rządowej interwencji- jestem przekonany, ze gdyby rządy wzięły się za monitorowanie serwisów społecznościowych skończyłoby to całkowicie i bezpowrotnie szanse na prawdziwą wolną dyskusje na tychże serwisach. Trudno sobie wyobrazić rządowych biurokratów, którzy powstrzymaliby się przed korzystaniem z takiej władzy jaką otrzymaliby gdyby rządy wzięły media społecznościowe pod swoją „opiekę”(zdarzyło się to zresztą w putinowskiej Rosji- słaby wzór do naśladowania).

Nie podzielam jednak braku zainteresowania innymi kwestiami problemu. Potrzebujemy społeczeństwa, które będzie żywo zainteresowane pluralizmem i możliwością wyrażenia swoich poglądów w internecie i poza nim w możliwe nieskrępowany sposób dla siebie i dla innych. Mimo braku rządowej interwencji, wciąż możemy mieć rynek idei skrepowany wewnętrznymi zasadami technologicznych gigantów. Jedynym rozwiązaniem tego problemu, który widzę kryje się wśród konsumentów, którzy będą wybierali serwisy z bardziej liberalnymi przepisami, skłaniając właścicieli serwisów do dostosowania się do woli konsumentów. Tylko taka kultura wolności słowa w której będziemy się ze sobą nie zgadzać, ale będziemy też tolerować różne punkty widzenia ochroni nas przed koszmarem społeczeństwa w której największa cnotą jest konformizm, a osoby „autocenzurują”, się aby nie powiedzieć czegoś „niepoprawnego”.
Kazimierz Najmajer