Początek służby zdrowia to właściwie wszelkie ustawy regulujące rynek pracy w XIX wieku. Ustawodawcom przyświecała „ochrona” robotników fabrycznych. Ten nacisk na „ochronę” wziął się ze zmian demograficznych, jakie przechodziła Europa w XIX wieku. Koncentracja ludności w miastach uwydatniła problem zdrowia populacji, która wcześniej była rozrzucona po wsiach. Pierwszą ustawą tworzącą de facto służbę zdrowia była brytyjska Public Health Act, powołana do walki z cholerą i tyfusem. We Francji czy Prusach problemem była chorowitość rekrutów z dzielnic robotniczych.

Robotnicy, jak pokazała historia, odegrali wymierną rolę w levée en masse do armii mocarstw europejskich. Prowadzenie polityki zdrowotnej przez państwo miało jeszcze jeden cel. Politycy demokratyzujących się monarchii europejskich zyskiwali w ten sposób elektorat.  Zdrowie stało się jedną z kluczowych kart przetargowych w wyborach. W Polsce państwo pełni funkcję powszechnego ubezpieczyciela. Czy na pewno?

Ubezpieczenie to forma zabezpieczenia przed niechcianym wydarzeniem. Ubezpieczyciel określa prawdopodobieństwo zajścia zdarzenia, od którego chcemy się ubezpieczyć i na tej podstawie wyliczy nam składkę, którą musimy płacić. No i mamy problem. Państwo nie wylicza żadnego prawdopodobieństwa zajścia zdarzenia, składka jest jednolita dla wszystkich uczestników systemu. To już nie jest ubezpieczenie. Nazywanie systemu ubezpieczeń społecznych ubezpieczeniami jest absurdem. Analogiczna sytuacja z OC byłaby dla nas nie do pomyślenia. Ubezpieczenia państwowe to nic innego jak narzędzie służące realizacji polityki społecznej.
Czy państwo winno takową prowadzić? Jeśli tak to czy poprzez ingerencję w rynek usług medycznych? Odpowiedź na te pytania wymaga określenia czy dobra i usługi oferowane przez służbę zdrowia podlegają prawom ekonomii czy też nie. Głównym kryterium oceny ekonomiczności dóbr jest rzadkość. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że wyszkolenie personelu medycznego wymaga czasu i zasobów.

Sprzęt i lekarstwa wykorzystywane przez służbę zdrowia nie są powszechnie dostępne. Leki na ten przykład są dobrami pierwszego rzędu, dodatkowo wymagają wielu dóbr wyższych rzędów jak i dóbr komplementarnych. Jako, że są to dobra rzadkie podlegają one prawom rynku i aby mogły być najefektywniej wykorzystane powinny być w rękach prywatnych. To, że dobra oferowane przez system opieki zdrowotnej podlegają wymianie nie przesądza o ich ekonomiczności. Fakt, że ilość dóbr jest mniejsza od zapotrzebowania na nie, już tak.

Jednakże problem jest o wiele szerszy. Państwo, w ogóle, ingerujące w gospodarkę ma destruktywny wpływ na ceny. Czyli wyrafinowany system informacji przedstawiający uczestnikom rynku jak kształtuje się dostępność dóbr. Wprowadzanie obostrzeń, koncesji, odgórnych wymogów, powoduje, że ten delikatny system ulega zaburzeniu. Widać to najlepiej właśnie w „służbie zdrowia”.

To może reforma?
Ten dziwny twór jest zmieniany od czasu, kiedy powstał. Ciągła restrukturyzacja systemu sprawia, że jedyne, co się  zmienia to formy patologii. Pomimo tego wciąż spotykamy się z argumentem, że problemy służby zdrowia można rozwiązać zwiększając wymiar finansowania. Główny nurt nie chce dostrzec, że problemem nie jest organizacja albo finansowanie, tylko  i s t n i e n i e  państwowej opieki zdrowotnej. Zarządzanie dobrami rzadkimi wymaga elastyczności i dynamiki w dostosowywaniu się do zmian. Atrybutów, których państwo z natury rzeczy nie posiada. Oczywiście można dalej kierować się ideą sprawiedliwości społecznej i marnować pieniądze. Prawdziwie potrzebującym to nie pomoże. Dyskusja na temat służby zdrowia to tylko element szerszej dyskusji. Dyskusji na temat tego jak należy zorganizować nasze życie społeczne. Jak pomagać ludziom i czy państwo powinno się tym zajmować. Autentyczne wsparcie nie opiera się na rozdawaniu pieniędzy. Trzeba pozwolić ludziom działać.

Autor: Michał Gorzelniak