Jedna z definicji szaleństwa powiada, że jest to powtarzanie tej samej czynności i oczekiwanie innych rezultatów. Gdyby przyjąć ten punkt widzenia, polskich przywódców z połowy XIX w. należałoby ocenić, no cóż, dość krytycznie. Powtórzyli bowiem ten sam błąd (walkę zbrojną z dużo silniejszym przeciwnikiem, pozbawioną szans na sukces) po 30 latach od pierwszej klęski. A w dodatku punkt wyjścia mieli dużo gorszy niż poprzednicy. Historia powtórzyła się też w innym względzie – cały naród zapłacił cenę za wyskok romantyków, i stracił wszystko, co akurat było do stracenia.

Żadnych marzeń?

Przypomnijmy, że poprzednie postanie 1831 kosztowało Polaków utratę własnego państwa (niesuwerennego, ale jednak odrębnego) i zamianę Królestwa Polskiego w rosyjską prowincję. Znikły polskie instytucje – sejm, rząd, armia, pieniądz, uniwersytet – postępowała za to rusyfikacja kraju. Na 25 lat kraj pogrążył się w „nocy paskiewiczowskiej” tzn. wegetacji pod rządami namiestnika – dowódcy zaborczych wojsk.

Sytuacja zaczęła się polepszać po porażce Rosji w wojnie krymskiej (przeciw Rosji, a w obronie Turcji, sprzymierzyli się dawni przysięgli wrogowie – Francja i Wlk. Brytania). Upadek krymskiego portu Sewastopol był dla Rosji policzkiem i pokazał jej miejsce w szyku – nie była już pierwszym mocarstwem Europy. Na rosyjskim tronie nastąpiła zmiana – upokorzenia nie przeżył despotyczny Mikołaj I, a władzę przejął jego syn Aleksander II. Nowy władca miał (słusznie zresztą) opinię liberała, nie zamierzał jednak przywracać Polakom państwowości. Na audiencji w Warszawie powiedział to szlachcie wyraźnie – Żadnych marzeń, panowie !

Tym niemniej w Królestwie nastąpiły zmiany – ogłoszono amnestię dla dawnych powstańców, zelżała rusyfikacja, zezwolono na zakładanie stowarzyszeń. Falę demonstracji patriotycznych w 1860-1861 wprawdzie krwawo stłumiono, ale miała i pozytywny skutek, w postaci dalszej liberalizacji. Warszawa znowu zyskała polską szkołę wyższą , a rządy cywilne nad krajem objął margrabia Wielopolski. Ten zaś wykonywał dobrą robotę bez rozgłosu – jak mógł, tak ograniczał carskich czynowników, i polonizował, co się tylko dało.

Cesarz Napoleon, ale już nie ten…

W tym samym czasie miało miejsce zjednoczenie Włoch (przeciwko Austrii, a z pomocą Francji). Niewielki Piemont wziął udział w wojnie tych dwóch państw, i zjednoczył niemal całą Italię pod władzą własnej dynastii. W Paryżu rządził wtedy cesarz Napoleon – siostrzeniec sławnego wujka o tym samym imieniu. Włoski sukces zawrócił Polakom w głowie. Powszechnie zaczęto oczekiwać powtórki historii sprzed 50 lat, i wkroczenia francuskich, napoleońskich wojsk do Polski.

Można by złośliwie powiedzieć, że ówczesnym Polakom pomyliły się dwie postacie. Był Napoleon I wojskowym geniuszem, wyprzedzającym swoją epokę, i dzięki nowoczesnym rozwiązaniom jakiś czas panował nad połową Europy. Napoleon III natomiast, choć całkiem biegły np. w ekonomii (zwolennik wolnego handlu), nie miał jednak ani cienia dowódczych zdolności imiennika. W przyszłości miała to boleśnie zweryfikować wojna z Prusami.

Francja natomiast nie miała interesu ani możliwości, żeby podejmować samotnie walkę w obronie dalekiej Polski. Tego polscy romantycy nie brali pod uwagę (bo też realistyczne myślenie ich mocną stroną nie było).

Styczniowa branka, czyli gaszenie ognia naftą

Pod koniec 1862 błąd popełnił również człowiek dużo rozumniejszy od spiskowców – margrabia Wielopolski. Wyznaczył on na styczeń 1863 brankę, tzn. pobór do rosyjskiego wojska (a służba w tej armii trwała wówczas i 20 lat). Branka miała przy tym opierać się na imiennych listach (nie na losowaniu, jak to było dotychczas). Kalkulacja margrabiego była prosta – wcielić buntowników do wojska, wysłać ich w głąb Rosji, i dalej w spokoju reformować kraj. Wiedział on przy tym, że cel maksimum do ugrania to ograniczona autonomia Królestwa – i zakładał, że tyle właśnie może osiągnąć.

Wielopolski (polityk tyleż inteligentny, co arogancki) przeliczył się jednak. Nie docenił przeciwników – zdesperowanych konspiratorów. Nie odstraszył ich ani terminem planowanej branki, który stał się terminem wybuchu powstania (jak wiadomo, zimowa pora jest najtrudniejsza dla działań partyzanckich). Może po prostu błędnie założył, że przeciwnicy tak jak on, będą się kierować racjonalnym rachunkiem zysków i strat, więc musieliby odpuścić. Tak czy owak margrabia przegrał, a razem z nim przegrała jego koncepcja – pokojowych reform i autonomii Królestwa wewnątrz Cesarstwa. Gdy powstanie trwało już pół roku – Wielopolski złożył dymisję i wyjechał z kraju.

Znikąd pomocy

Powstanie wybuchło więc w środku zimy, siłami kilkunastu tysięcy konspiratorów. Po swojej stronie mieli moralną słuszność, a poza tym głównie broń palną myśliwską, czy wręcz kosy osadzone na sztorc. Za przeciwnika mieli regularną armię rosyjską liczącą jakieś 100 tys. ludzi, przy tym w dodatku kontrolującą wszystkie główne miasta, a od niedawna dysponującą też transportem kolejowym (który bardzo się przydał w dowożeniu Rosjanom zaopatrzenia).

Nie mieli powstańcy styczniowi ani tego, czym dysponowali ich poprzednicy sprzed 30 lat – tzn. małej, ale regularnej, wyćwiczonej i dobrze uzbrojonej armii. Powstanie 1863 miało z konieczności charakter wojny partyzanckiej. Ta zaś może się udać tylko w trudnym terenie (gdy centralna Polska jest krajem nizinnym), albo przy skutecznym wsparciu zza granicy.

Kandydatów do ratunku (w wyobraźni powstańców) było dwóch – Francja i Austria. Żaden do owego ratunku się nie palił. Francuski cesarz rad widział trudności cesarza rosyjskiego, sam jednak nie widział możliwości skutecznego wsparcia polskiej walki. Wysłannikom powstańców przekazał tylko – Trwajcie !
Cesarz austriacki (tuż po klęsce w starciu z cesarzem francuskim) miał zaś na głowie inne sprawy –reforma konstytucyjna w kraju, kwestia węgierska, status państw niemieckich – żeby jeszcze brać sobie na głowę starcie z potencjalnie groźnym przeciwnikiem. W późniejszej fazie powstania doszło i do tego, że w przygranicznej Galicji wprowadzono stan wyjątkowy, a to dla utrudniania przemytu broni i ludzi dla powstańców.

Jak grać, żeby wygrać?

Czym powstańcy styczniowi chcieli wygrać swoją walkę ? Wypada wymienić trzy czynniki. O naiwnych rachubach na pomoc francuskiego cesarza już tu była mowa. Drugim asem w rękawie miała być sprawa chłopska. I była to bodaj najlepsza zmiana na plus od poprzedniego powstania, gdyż wreszcie upowszechniła się świadomość że naród to nie tylko szlachta. Powstańczy rząd czym prędzej ogłosił uwłaszczenie chłopów (przy okazji zmuszając carską administrację do podobnego kroku). Większość ludności wiejskiej pozostała jednak bierna, a powstańców wspierali tylko nieliczni.

Trzecim wreszcie założeniem była wiara w siły nadprzyrodzone, które miały wspomóc Polaków w walce z bezbożnym zaborcą. Dziwnym trafem i one zawiodły (i gdy ówczesny papież, w odróżnieniu od poprzednika, akurat upomniał się za Polakami). Raz jeszcze okazało się, że moralna słuszność i czyste serce nie wystarczają w starciu z silniejszym przeciwnikiem.

Wszystko stracone

Nie mogło być zaskoczeniem, że polscy partyzanci (łącznie kilkadziesiąt tysięcy) po kilkunastu miesiącach przegrali walkę z regularną armią. Za intrygę romantyków znów zapłacił cały naród. Przekreślono reformy Wielopolskiego, zlikwidowano Szkołę Główną i polską administrację, rusyfikacja szkolnictwa szalała długie 40 lat (dobrą zmianę przyniosła aż rewolucja 1905). Polacy zapłacili za powstanie tysiącami zabitych, konfiskatami majątków, zsyłkami na Syberię ( i odebraniem praw miejskich wielu miasteczkom Królestwa). A miało to miejsce akurat za panowania liberalnego cara Aleksandra, który przykładowo nie naruszył autonomii takiej np. Finlandii. (a wręcz ją umocnił).

Nie stracił swojej okazji wróg Polaków – pruski kanclerz Otto Bismarck. Na powstaniu skorzystał i on, zawierając z Rosją korzystną konwencję, i zapewniając jej korzystną dla Prus neutralność w najbliższych latach. Skutki jego działań (w roli premiera i kanclerza) były dla Polaków zaboru pruskiego mocno negatywne.

Najlepszym chyba argumentem przeciw powstaniu jest los sąsiedniej, austriackiej Galicji. Tam masowego powstania nie było. Po dwóch przegranych wojnach cesarz z Wiednia nadał jednak Polakom autonomię – akurat maksimum do uzyskania w ówczesnych warunkach. Dokładnie tyle mógł i chciał ugrać margrabia Wielopolski w zaborze rosyjskim (dużo ludniejszym i bogatszym).

Patrząc na kolejne powstania – listopadowe (1831) styczniowe (1863) i warszawskie (1944) trudno nie przypomnieć sobie wiersza J. Kochanowskiego:

Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie”;
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

Michał Wirtel


Michał Wirtel – absolwent politologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zwolennik państwa minimum i wolnego rynku. Publikuje w Centrum Obserwacji Mediów Stowarzyszenia KoLiber (tłumaczenia artykułów czesko- i anglojęzycznych). Miłośnik psów dużych ras.