Temat antykomunistycznej partyzantki pojawił się szerzej w polskiej debacie publicznej dopiero po 2000 roku (nie po 1990, a po 2000 właśnie), podobnie zresztą jak inne „niepoprawne politycznie” tematy, takie jak np. rzeź wołyńska.  Narosło wokół niego wiele mitów, sporów i nieporozumień.  Już samo wyjście tej sprawy na światło dzienne jest dobrym znakiem, jako że przynajmniej nie idzie jej „zamilczeć”.  W związku z obchodzonym niedawno Dniem Żołnierzy Wyklętych przypomnijmy kilka podstawowych faktów dotyczących tego ruchu, a także oddzielmy fakty od legendy.

Kim byli?

Ogólnie rzecz biorąc, partyzantka po II Wojnie Światowej bazowała na byłych żołnierzach Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych (choć byli i tacy, co nie zdążyli się załapać na walkę w tych ugrupowaniach). Motywacje były najróżniejsze. Czasami szło o ideowy antykomunizm, czasami po narzuconej władzy nie spodziewano się nic dobrego, czasami liczono na doczekanie wybuchu kolejnej wojny Wschód – Zachód (a więc ZSRR przeciw Stanom Zjednoczonym i Wielkiej Brytanii).

Przypomnieć tu trzeba, że AK została rozwiązana w styczniu 1945 (po 3 latach działalności). Nie istniała więc jedna organizacja, jedna nazwa, czy jedno dowództwo dla antykomunistycznego ruchu oporu (inaczej niż pod okupacją niemiecką, gdzie pod 1942 istniała największa AK i kilka mniejszych ugrupowań typu NSZ czy Bataliony Chłopskie). Po 1945 mamy więc Konspiracyjne Wojsko Polskie, Armię Krajową Obywatelską, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i cały legion pomniejszych organizacji podziemnych. Wszystkie te ugrupowania miały różny teren działania, liczebność i dowództwo.

Należy też podkreślić, że modny dziś (i dość niefortunny) termin „żołnierze wyklęci” narodził się aż po 1990, a w szerszy obieg wszedł po 2000. W czasach samej działalności antykomunistycznego podziemia nikt nigdy nie używał tego określenia. Rządzący komuniści wyklinali ich wprawdzie gorliwie, ale używali określenia „bandy”. Ludność (głównie wiejska) nieraz mówiła „leśni” (ten zwrot był w obiegu i za okupacji), sami zainteresowani lubili się określać po prostu jako Wojsko Polskie (albo jako oddział […] i tu padał pseudonim dowódcy).

Określenie „żołnierze wyklęci” odnosiło się do oczerniania owych bojowników przez rządową propagandę, i przyznać trzeba że (niestety) przyjęło się w obecnej polszczyźnie na ich oznaczenie. Nie wygrało niestety inne proponowane określenie „żołnierze niezłomni”, mające językowo dużo bardziej pozytywny wydźwięk. Skorzystały na tym marginalne (acz hałaśliwe) lewicowe grupki, propagując hasła typu „słusznie wyklęci” czy „bandyci przeklęci”, obraźliwe dla powojennych partyzantów.

Język żyje jednak swoim życiem, a walka z utartymi już zwrotami przypomina zawracanie Wisły kijem. Stąd i ten artykuł trzyma się zwrotu „żołnierze wyklęci”, acz autor czyni to bez entuzjazmu.

 O co walczyli?

Szukając  wspólnego mianownika dla owego podziemia (rozbitego, jak wiemy na cały wachlarz ugrupowań i oddziałów) znajdziemy na pewno antykomunizm, ale  niewiele więcej. Można więc powiedzieć, że wyklęci jako całość walczyli o Polskę niepodległą od wschodniego sąsiada, bez narzuconego stalinowskiego ustroju, zupełnie nam zresztą obcego. W szczegółach programu politycznego mogli się między sobą różnić.

Nie można też zapomnieć o bardzo istotnym czynniku – bardzo wielu leśnych walczyło po prostu o fizyczne przetrwanie. Alternatywą dla walki zbrojnej było dla nich uwięzienie i tortury, a często i śmierć przez powieszenie (co akurat dobitnie pokazały losy ujawnionych partyzantów po kolejnych amnestiach). Tym się właśnie różniła walka wyklętych od zrywów w stylu powstania listopadowego, których inspiratorzy bynajmniej nie byli fizycznie zagrożeni. Tymczasem wyklęci mieli za przeciwnika stalinowców, a więc osobników nie honorujących własnych zobowiązań (czego przykładem aresztowanie przywódców polskiej konspiracji w Pruszkowie, na początku 1945). Mając więc do wyboru perspektywę śmierci w walce albo w katowni Urzędu Bezpieczeństwa (a często były to jedyne realne alternatywy), wyklęci wybierali to pierwsze, i trudno mieć im to za złe.

Co osiągnęli?

Na powyższe pytanie narzucałaby się odpowiedź – niestety nic. Przecież w biografiach wyklętych czytamy z reguły : aresztowany, torturowany, skazany na śmierć  lub długie więzienie (lub też: zginął w walce z liczniejszym przeciwnikiem). Wiadomo też, że garstka partyzantów (choć i popierana przez dużą część społeczeństwa) nie miała szans na zbrojne zwycięstwo i obalenie komunistycznej władzy, do czego też oczywiście nie doszło.

Czy aby jednak walka wyklętych była zupełnie nadaremna ? Otóż nie do końca. Podstawową ich zasługą było spowolnienie, opóźnienie wprowadzania w Polsce komunizmu (akurat po 1945 wmuszanego nam w najgorszej, stalinowskiej jego wersji). Dobrym przykładem jest tu los Podhala, gdzie aż do początku 1947 grasował oddział Ognia. Władza Polskiej Partii Robotniczej w praktyce kończyła się tam na rogatkach powiatowego Nowego Targu, a na wsi komuniści musieli działać praktycznie w konspiracji. Takich regionów i okolic było w kraju więcej. Aż do amnestii 1947 (o której poniżej) w dużej części prowincjonalnej Polski panowała dwuwładza – PPR i UB rządziły w dzień, a partyzanci w nocy.

Były też przypadki lokalnych, acz istotnych sukcesów wyklętych, jak rozbicie stalinowskich więzień czy obozów (Rembertów – maj 1945, Kielce – sierpień 1945, Kraków- sierpień 1946). Dla uwolnionych wtedy ludzi (których łącznie było kilkaset) działalność wyklętych z pewnością była istotna i pożyteczna.  Owi ludzie niewątpliwie nie uznaliby tych akcji za niepotrzebne.

Last but not least, zasługą wyklętych jest też likwidacja wielu gorliwych stalinowców spod znaku PPR czy UB (zabrzmi to może niesympatycznie, ale zabijanie wrogów jest wpisane w każdą wojnę). Niejeden aktywista, słysząc i czytając o zabitych towarzyszach, nie mógł czuć się bezkarny. Do pewnego stopnia mogło to przykrócić stalinowski terror, w pierwszych powojennych latach.

Oczywiście wyklęci nie mogli przewidzieć późniejszych wypadków, i końca stalinizmu po 1954 w wyniku politycznej odwilży, tzn. reform wewnątrz systemu. Faktem natomiast pozostaje, że również dzięki nim narzucanie stalinowskiego ustroju poszło trochę dłużej, trudniej i oporniej (przez co z kolei nie zakorzenił się na szczęście zbyt głęboko).

Jak długo wytrwali, i dlaczego nie był to 1963?

Datą graniczną w historii wyklętych jest amnestia ogłoszona w lutym 1947, która okazała się skutecznym wabikiem. Komuniści od początku grali nieuczciwie, próbując wyciągnąć partyzantów z lasu, i obiecując możliwość spokojnej pracy „dla takiej Polski, jaka jest”.  Trudno robić leśnym zarzuty, że nie widząc szansy na wygraną (wojna z Zachodem nie nadchodziła, zmian od środka nic nie zapowiadało) w ogromnej większości złożyli broń, ujawnili się i próbowali zacząć nowe życie (nowa władza tej szansy im nie dała, przynajmniej do 1956).

W każdym razie amnestia była celnym (i gdy obłudnym) zagraniem władzy. O ile w połowie 1945 (gdy kończyła się wojna światowa), w partyzantce walczyło ponad 15 tys. ludzi, a do początku 1947 dotrwało ich ok. 8 tys. o tyle po maju 1947 zostało poniżej 2 tys. niezłomnych. Byli oni już wtedy przeciwnikiem nielicznym, i łatwym do wytropienia (jako że elementem amnestii był też wymóg ujawnienia swojej konspiracyjnej przeszłości i powiązań).

Na początku lat 50. pozostało już łącznie kilkuset partyzantów – działających w małych ,izolowanych grupkach, bez żadnej wzajemnej łączności. Ich celem było już wtedy wyłącznie fizyczne przetrwanie (jako że stalinowskie represje trwały aż do końca 1954). Ostatni oddział wyklętych został rozbity w lipcu 1953 (a więc tuż po śmierci Stalina) na pn. Mazowszu, gdy siły rządowe w liczebności 1200 wytropiły i zabiły wszystkich 7 leśnych (oddział Puszczyka), jacy tam jeszcze grasowali. Proporcja sił 150:1 mówi sama za siebie i nie wymaga dalszego komentarza.  Była to w każdym razie ostatnia bitwa, gdzie podziemie antykomunistyczne było w stanie wystawić choć jeden zwarty (kilku-osobowy) oddział. Po tej dacie opór (byłych już) partyzantów polegał tylko na ukrywaniu się, co trzeba tu podkreślić.
                                          
Trzeba o tym wspomnieć i dlatego, że w ostatnich latach utrwalił się irracjonalny kult daty 1963 (kiedy został zabity ostatni z dawnych wyklętych, niejaki Lalek, ukrywający się na wsi w Lubelskim). Któż z nas nie widział sloganów o „podziemiu 1944-1963”, „walce przez 20 powojennych lat”, „oporze aż do początku lat 60.” i nie widział biegów na nieszczęsny dystans 1963 m. Otóż data 1963 nie była żadną istotną cezurą w dziejach Polski (po odwilży 1956 zostało w lasach bodaj … ośmiu wyklętych,  z których każdy ukrywał się samotnie, i mógł myśleć, że to właśnie on jest tym ostatnim niezłomnym). O wiele istotniejszą datą jest 1956, z krótkim robotniczym powstaniem w Poznaniu (gdyby jakieś podziemie wtedy istniało i walczyło, przyszłoby przecież poznaniakom z pomocą), i późniejszą destalinizacją Polski przez ekipę tow. W. Gomułki (tzw. odwilż październikowa).

Znany jest przypadek japońskiego żołnierza (porucznik Hiro Onoda), który ukrywał się na jednej z wysp Filipin aż do 1974, żyjąc w przekonaniu że wojna jeszcze trwa (dopiero jego były dowódca, celowo wysłany z Japonii do byłego podwładnego, wyprowadził go z błędu). Japoński żołnierz uwierzył dowódcy, złożył broń, i wrócił do kraju. Japonia nie uznaje dziś jednak, że wojna trwała aż do tego momentu.  A slogan o „podziemiu zbrojnym 1944-1963” ma akurat tyle sensu, co miałoby pisanie o „wojnie w Azji i na Pacyfiku 1941-1974”, najwyraźniej jednak Japończycy nie mają aż takiej potrzeby tworzenia legend i mitów.

Czy warto było?

O ile polskie powstania (z nielicznymi wyjątkami) należy oceniać bardzo krytycznie, o tyle wyklętym należy się łagodniejsze spojrzenie. Otóż narażali oni własne życie (i los swojej rodziny), inaczej niż np. dowódcy powstania warszawskiego, którzy zaryzykowali (i przegrali) życie dziesiątek tysięcy ludzi oraz istnienie polskiej stolicy. Poza tym – jak się już wcześniej rzekło – wielu z nich nie bardzo miało inny wybór niż walka zbrojna albo lochy UB (i ciężko mieć pretensję, że wybrali walkę). Inaczej niż powstanie listopadowe czy styczniowe (które tylko pogorszyły sytuację Polaków) albo powstanie warszawskie (którego wcale być nie musiało), w wymiarze czysto praktycznym walka wyklętych na coś się przydała w ogólnym bilansie (wolniejsze wprowadzenie stalinizmu, likwidacja niektórych UBeków, rozbijanie więzień). Była to walka przegrana, ale wcale nie bezsensowna (o czym najlepiej mogliby zaświadczyć ludzie uwolnieni z owych więzień przez wyklętych w
Tak więc pamiętajmy o takich postaciach jak Warszyc, Łupaszka czy Inka (i o zbrodniarzach typu Stefan Michnik, co to gorliwie przybijali wyroki śmierci). Ale pamiętajmy ono to podziemie antykomunistyczne takie, jakim naprawdę było – bez przekłamań i legend typu „walka zbrojna do 1963”.

Michał Wirtel


Michał Wirtel – absolwent politologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zwolennik państwa minimum i wolnego rynku. Publikuje w Centrum Obserwacji Mediów Stowarzyszenia KoLiber (tłumaczenia artykułów czesko- i anglojęzycznych). Miłośnik psów dużych ras.