Jak co roku 13 grudnia powracają dyskusje o stanie wojennym 1981 roku i jego twórcy. Dla jednych zmarły niedawno gen. Jaruzelski był niemalże bohaterem, ratującym Polskę czy to przed inwazją ZSRS, czy to przed strajkowym chaosem. Dla innych był on krwawym tyranem i despotą, a przy tym sługusem obcego mocarstwa. Nie ukrywam, że bliżej mi do krytyków towarzysza generała. Choć autora stanu wojennego najbardziej ganię nie za to, co zrobił – ale za to, czego nie zrobił, choć mógł.

Ani zbawca, ani kat

Na początku warto przypomnieć zasadę, że każdą postać historyczną trzeba sądzić taką, jaką była naprawdę (a nie taką, jaką przedstawiają ją legendy). Dyskutując o gen. Jaruzelskim, można i trzeba zburzyć jego białą legendę – tragicznego męża stanu, wybierającego mniejsze zło dla uratowania Polski przed interwencją ZSRR. Lepiej stłumić opozycję siłą, ale polskimi rękami – miał rozumować towarzysz generał. Wszystko to „guzik prawda”. Owszem ZSRS miał na koncie dwie takie inwazje (Węgry 1956 roku, Czechosłowacja 1968 roku), gdy stłumił ruchy reformatorskie w podległych sobie krajach. Tyle tylko, że wtedy Moskwa miała wolne ręce. Od 1980 r. Rosjanie byli zaś zajęci inwazją na Afganistan (nie dość że nie szła ona po ich myśli, to jeszcze wywołała sankcje ze strony Zachodu). Drugi front w postaci inwazji na Polskę był ostatnią rzeczą, która na początku lat 80. byłaby w Moskwie pożądana.

Prawda jest taka, że to właśnie towarzysz generał dopraszał się o bratnią pomoc, a sowieccy towarzysze dawali mu do zrozumienia, żeby poradził sobie sam. Fakty przeczą więc białej legendzie W. Jaruzelskiego.

Po prawdzie jednak i czarna legenda – w której towarzysz generał był krwawym oprawcą – nie wytrzymuje krytyki. Stan wojenny za 1,5 roku pochłonął kilkadziesiąt ofiar. Z całym szacunkiem należnym zabitym, można porównać te statystyki np. z zamachem majowym 1926 roku – pucz Piłsudskiego kosztował ponad 300 zabitych za 3 dni.

Lata 80. – stracona dekada

Z wojskowego punktu widzenia stan wojenny został przeprowadzony bardzo sprawnie – opozycja została stłumiona przy minimalnym (w skali operacji) rozlewie krwi. Z politycznego punktu widzenia trzeba jednak zapytać – czemu miało to służyć?

W warunkach 1981 roku nie było oczywiście mowy o wyjściu z bloku wschodniego i wprowadzeniu gospodarki rynkowej na pełną skalę. Można było za to wprowadzać elementy gospodarki rynkowej, i rozszerzać sektor prywatny. Czyniły tak wówczas nie tylko Chiny i Jugosławia (akurat państwa niezależne od ZSRS), ale i Węgry tow. Kadara, pozostające w bloku sowieckim.

Pod względem ekonomicznym lata 80. były czasem dla Polski straconym. Czasem długich kolejek, ciągłych niedoborów oraz zacofania, widocznego nawet na tle innych państw socjalistycznych. Wielu Polaków próbowało wydostać się na Zachód – komu się udało, ten już z reguły nie wracał. A byli to przeważnie ludzie wykształceni, znający języki i jakiś fach.

Uczciwość każe pamiętać, że w 1988 roku zaczęła się „polska pieriestrojka” – władza zaczęła rozmawiać z opozycją zamiast ją zwalczać, wyjazd za granicę stał się osiągalny dla zwykłego Polaka, a pod sam koniec tego roku weszła w życie sławna Ustawa Wilczka – jeden z najbardziej wolnorynkowych aktów prawnych w historii naszego kraju.

Wszystko to prawda. Tyle tylko, że towarzysz generał uczynił to zmuszony dwoma czynnikami – katastrofalną sytuacją ekonomiczną oraz sygnałami z Moskwy, gdzie nowym gospodarzem na Kremlu był już reformatorski M. Gorbaczow. Wcześniej zaś ekipa Jaruzelskiego zmarnowała dla Polski siedem długich lat. Okres 1981-1988 był smutno-szarym czasem, gdy brakowało niemal wszystkiego. Towarzysz generał był zaś ekonomicznym dyletantem, i naiwnie wierzył, że gospodarką – tak jak wojskiem – można efektownie sterować na rozkaz.

Stan wojenny – PO CO?

Wyznawcy tow. Jaruzelskiego (a nieraz i on sam) stawiali pytanie: Stan wojenny – DLACZEGO? W odpowiedzi próbowali oczywiście wykazać, że owa operacja była z jakichś względów niezbędna.

Bardziej zasadne wydaje się jednak pytanie: Stan wojenny – PO CO?

Uzurpacja pełni władzy, dokonana przez generała i jego ekipę, nie przyniosła dla Polski żadnych pozytywnych rezultatów. Przyniosła natomiast dużo negatywów. Stan wojenny kosztował (dosłownie i w przenośni) dużo za dużo. Zmobilizowano pół miliona wojska i milicji, sparaliżowano cały kraj, doprowadzono do uwięzienia czy emigracji tysięcy produktywnych jednostek. A gospodarka kraju przez siedem lat wegetowała – bo towarzysz generał nie wpadł na pomysł, żeby trochę poluzować reguły choćby na tym odcinku.

Nie jest też prawdą, że stan wojenny był operacją konieczną, która uratowała nas od gorszego scenariusza (wojny domowej czy też sowieckiej inwazji). Solidarność była ruchem licznym, ale pokojowym (a społeczeństwo było rozbrojone), przy tym wiadomo było, że poza pewne granice (jak np. wyjście z Układu Warszawskiego) na początku lat 80. Polska nie mogła się posunąć. Takie były realia tamtych czasów, milcząco akceptowane przez obie strony gry.

Stan wojenny można i trzeba oceniać krytycznie. Nie był on konieczny ani usprawiedliwiony (służył tylko i wyłącznie siłowemu utrzymaniu władzy), był on bardzo kosztowny w sensie jego skutków, a co najgorsze – nie wykorzystano go do jakichkolwiek zmian na lepsze (w dziedzinie ekonomii zwłaszcza).

Prawicowy polityk, Janusz Korwin Mikke, zauważył kiedyś – Jestem gotowy poprzeć kapitana, który przeciągnie pod dnem połowę zbuntowanej załogi – ale pod warunkiem, że ten kapitan ma jakiś pomysł, co dalej ze statkiem! Trudno nie mieć wrażenie, że W. Jaruzelski w roli kapitana statku ograniczył się w 1981 r. tylko do tej pierwszej czynności.

I właśnie dlatego nie lubię towarzysza generała. Przejął siłą całą władzę, za to nie bardzo wiedział, co z tą władzą zrobić. A Polska dopłaciła do jego przewrotu, i to niemało – jedna grudniowa noc kosztowała nas siedem zmarnowanych lat. Jak to mówi Biblia – „Po owocach ich poznacie”.

Michał Wirtel