Jeżeli prezydenturę Trumpa ktoś zechciałby analizować tylko przez pryzmat opinii pojawiających się w światowej lewicowej prasie, ostatni okres rządów w Białym Domu jawi się jako absolutna katastrofa na niwie zarówno spraw międzynarodowych jak i wewnętrznych. Polityka Donalda Trumpa wzbudza ogromne emocje, często obie strony sporu politycznego, atakująca jak i broniąca, amerykańskiego prezydenta, popadają w skrajności ocierające się o śmieszność. Z pewnością, to co możemy konstatować ponad podziałami politycznymi, bez względu na ocenę bilansu rządów Trumpa, to fakt, iż jest to najbardziej medialna prezydentura w historia Stanów Zjednoczonych Ameryki. Emocjonalne zaangażowanie w polityczny spór odebrało w ostatnich latach analityczny błysk, bezstronność, w ocenie amerykańskiej geopolityki.

Dziennikarz Michael Wolf, który napisał poczytne biografie Trumpa, między wierszami nie kryje swej pogardy dla jego osoby[1]. Z drugiej strony przeciwwagę dla tych ocen są pisane na zamówienie Trumpa jego bestsellery o świecie biznesu. To jak wdzięcznym literacko tematem jest prezydentura Trumpa i jak skrajne postawy ogniskuje w kolejnych publikacjach widać na przykładzie dwóch jego doradców – Steve’a Bannona oraz Johna Boltona. Obaj, będąc ofiarami wewnętrznych sporów w Białym Domu zostali wyoutowani, obaj przyjęli następnie różne postawy wobec dawnego szefa – Bannon broni „trumpizmu” jak lew, Bolton na łamach swojej książki wyśmiewa głowę amerykańskiego państwa[2].

W samej ocenie polityki USA na przestrzeni ostatniej dekady brakuje „złotego” środka, chłodniejszej analizy, bilansu rządów Demokratów i Republikanów, bez politycznego zacietrzewienia. Nie sposób pisać o USA bez kontekstu geopolitycznego. 

To wciąż najpotężniejsze i najbardziej wpływowe państwo świata. Polska realistyczna szkoła geopolityki od lat wieszczy upadek Waszyngtonu w ramach dekonstrukcji ładu międzynarodowego i wzroście wpływu Chin[3]. Z drugiej strony USA wydają na zbrojenia i wojsko – jak podaje ośrodek analityczny SIPRI – łącznie niemal tyle, ile osiem następnych państw na liście, z Chińską Republiką Ludową w tej ósemce włącznie[4]. A więc ta wpływowa i silna machina państwowa, ale z nowymi pretendentami i narastającymi słabościami trafiła ku rozpaczy światowej lewicy, w ręce Donalda Trumpa. To co powinno w takiej analizie ważyć szalę jest interes Polski. Ocena widziana z Warszawy dla Polaków powinna być o wiele istotniejsza niż nastroje paryskiego czy berlińskiego salonu, gdzie Trump jest znienawidzony. Jak wygląda bilans jego czteroletniej prezydentury? 

Doktryna Obamy vs. Doktryna Trumpa

Analizując politykę międzynarodową Trumpa pierwszą sprawą, wybijającą się spośród wielu podnoszonych w dyskusji argumentów, jest skrajnie różny „klimat” międzynarodowy, który od wpływowych polityków otrzymywali poszczególni amerykańscy prezydenci. Jak z architekturą, pierwsze co widzą oczy człowieka to fasada budynku, a dopiero później ma on okazję przestąpić próg drzwi, zwiedzać kolejne pomieszczenia schodząc aż do fundamentów budowli. Fasadowość argumentów w debacie o geopolityce Obamy i geopolityce Trumpa jest ogromna. Gdy Barack Obama zostawał 44. amerykańskim prezydentem, w roku 2009, startował do Białego Domu z programem bardzo zbliżonym w sprawach geopolitycznych do tego co słyszeliśmy w kampanii Trumpa. Obama był jednym z nielicznych amerykańskich polityków, który otwarcie się sprzeciwiał interwencji swego kraju w Iraku. „Jestem w opozycji do głupich wojen” – mówił[5]. Był krytykiem polityki George’a Busha, swego poprzednika. Problem w tym, iż Donald Trump także krytykował politykę Busha, a nawet poszedł o krok dalej, bo skłócił się z całym politycznym klanem byłego prezydenta. Konflikt na linii Trump – Bush ma już wymiar nie tylko polityczny ale także rodzinny. Gdy w zwycięskiej dla siebie prawyborczej republikańskiej debacie konfrontował się z Jebem Bushem prowadzący program zacytował wypowiedź Trumpa o George’u Bushu „wprowadził nas do wojny na podstawie kłamstwa. Okłamał nas”[6]. Republikanie zgromadzeni na sali buczeli.

Trump i Obama na etapie kampanii politycznej w wymiarze retorycznym krytykowali politykę Busha. Podobieństw jest więcej. Obaj byli lub są przeciwnikami roli USA w świecie jako „żandarma”, obaj na różnym etapie swojej kariery postulowali wycofanie wojsk amerykańskiego z bliskowschodnich wojen. Trump nazwał je nawet „niekończącymi się szalonymi wojnami”[7]. Na fali tego antywojennego „entuzjazmu” Barack Obama – otrzymał w 2009 roku Pokojową Nagrodę Nobla. Pech chciał, że Komitet Noblowski przyznał ówczesnemu prezydentowi wyróżnienie awansem i nie przewidziano, iż w niedługim czasie administracja Obamy zwiększy kontyngenty amerykańskich żołnierzy na Bliskim Wschodzie, a w 2011 roku dojdzie do dwóch geopolitycznych katastrof – analogicznych dla dwóch istotnych dla bezpieczeństwa świata regionów – Bliskiego Wschodu i Europy Środkowo-Wschodniej. To za kadencji Baracka Obamy doszło do erupcji Wiosny Arabskiej, której saldo polityczne okazało się trudne, zamieniając region w arenę kolejnych katastrof humanitarnych. Sam konflikt syryjski, których wybuchł na fali Wiosny Arabskiej pochłonął ponad pół miliona ofiar[8].

Wielokrotnie w swojej publicystyce pisałem, że Wiosna okazała się Zimą Arabów, a koncepcja zamiany złych dyktatorów na jeszcze gorszych dżihadystów nie przyniosła nic dobrego[9]. Trudno wiązać sprawstwo wszystkich wydarzeń w regionie Bliskiego Wschodu i Afryki z postacią Baracka Obamy, ale bezsprzecznie instrumentarium, którym wówczas dysponował pozwalał na lepsze rozwiązanie tych geopolitycznych spraw. Polacy przekonali się o tym na własnej skórze. 

Reset z Rosją

W podobnym okresie doszło do tzw. resetu z Rosją w polityce amerykańskiej, co skutkowało zatopieniem politycznym projektów polsko-czeskiej tarczy antyrakietowej. W polskich mediach mogliśmy przeczytać: „Stary Kontynent nigdy nie wzbudzał szczególnego zainteresowania Obamy. Po 2,5 latach kadencji można wręcz było odnieść wrażenie, że dla niego Europa kończy się na Odrze, potem jest czarna dziura, a potem Rosja. To Moskwa stała się na Starym Kontynencie priorytetem dla Obamy. Kosztem, niestety, interesów krajów Europy Środkowej i Wschodniej” [10].

Obamowski nobel wydaje się o tyle przewrotny, że w 2014 roku (w kilka lat po tzw. resecie) doszło do rosyjskiej interwencji na Ukrainie. Oczywiście otwartym pozostaje pytanie co Waszyngton mógł uczynić by zapobiec wojnie w Donbasie i aneksji Krymu, ale sygnatariuszy umów międzynarodowych należy rozliczać. Przypomnijmy, że w 1994 roku Ukraina zrzekła się mocarstwowego arsenału nuklearnego (była trzecim mocarstwem atomowym świata) w memorandum budapesztańskim, a w zamian otrzymała gwarancje integralności terytorialnej z Krymem włącznie. Jeden z podpisów pod dokumentem – poza cynicznym podpisem przedstawicieli Rosji – wiązał także Waszyngton z tym memorandum. „Rosja rażąco naruszyła zobowiązania podjęte w tym dokumencie. To nakłada na Waszyngton obowiązek wspierania Ukrainy i przeciwstawiania się Rosji. Nie chodzi tylko o przestrzeganie zobowiązań USA. Chodzi również o zachowanie wiarygodności gwarancji bezpieczeństwa, które mogłyby przyczynić się do zapobiegania rozprzestrzenianiu broni jądrowej w przyszłości” – tak całą sprawę komentował ekspert ds. międzynarodowych Steven Pifer z Instytut Brookingsa[11].  

„Azyl” biznesowy dla Huntera Bidena, syna ówczesnego wiceprezydenta a dzisiaj kontrkandydata Trumpa, Joe Bidena, trudno uznać za pomoc walczącej Ukrainie. Polityka ulegania Rosji z jednej strony, oraz przyzwalanie na upuszczenie pary z kipiącej arabskiej irredenty to bilans, który trudno w geopolityce oceniać pozytywnie, ponieważ skończył się on zbrojnymi starciami. Tymczasem Barack Obama, zwłaszcza przez lewicową opinię publiczną, jest noszony na rękach, a umownie używana przeze mnie na potrzeby tej analizy „doktryna Obamy” wskazywana jak modelowy wzorzec do którego Trump – zdaniem politycznie poprawnych dziennikarzy – nigdy nie doszlusuje. 

Ameryka a wojny na Bliskim Wschodzie

„Doktryna Trumpa” wszelako w warstwie retorycznej jest – jak wspominałem – zbliżona do tego co postulował Barack Obama. Obaj są uznawani za krytyków polityki umownie nazywanej neokonserwatywną. Obu prezydentów wszelako różni wykonanie tych pomysłów oraz paleta argumentów, którymi usprawiedliwiają swoje decyzje. Zacznijmy od tego drugiego. W narracji kampanijnej Trumpa powtarza on jak mantrę, iż rolą USA nie powinna być pozycja światowego „policjanta”, który pilnuje bezpieczeństwa całego globu, gdy sojusznicy Waszyngtonu nie chcą za taką ochronę płacić. To motywacja biznesowa[12]. Retoryka Obamy dotyczyła wyrzutów sumienia lewicowej prasy, dla której interwencje zbrojne są przejawem prawicowego militaryzmu, czyli czegoś wstydliwego. Inna motywacja, podobny postulat, efekty wyborczy tożsamy, ponieważ społeczeństwo zmęczone kolejnymi komunikatami o stratach na wojnie chciało zagłosować na kogoś kto ten węzeł gordyjski po prostu przetnie. To napędzało prezydenturę obu polityków. Podobieństw jest więcej i układają się nawet w pewien schemat. Pod koniec pierwszej kadencji Baracka Obamy amerykańscy komandosi zlikwidowali terrorystę nr. 1 Osamę bin Ladena. Półmetek kadencji Trumpa to śmierć Abu Bakra al-Baghdadiego, twórcy tzw. Państwa Islamskiego[13].

Podobieństwa kończą się jednak gdy mówimy o wcieleniu w życie planów ograniczania amerykańskiego zaangażowania na Bliskim Wschodzie. Dysproporcja w medialnym schlebianiu Obamy i krytyce Trumpa jest pewnym paradoksem, gdyż to ten drugi w realnej formie odpowiada za zmniejszenie zaangażowania USA na Bliskim Wschodzie. Co ciekawe, Zbigniew Brzeziński, który wiele razy chwalił Baracka Obamę i krytykował „doktrynę Busha” wypowiedział znamienną i bardzo realistyczną opinię o zaangażowaniu Waszyngtonu w omawianym regionie. „Demokrację można wspierać, ale nie można jej narzucać” – tak to określał nasz rodak i były doradca prezydenta Cartera[14]. Obama nie odrobił lekcji Brzezińskiego, bo wspieranie Arabskiej Wiosny to zaprzeczenie tych pragmatycznych słów. Obama deklarował, iż zakończy wojnę w Iraku w 2011 roku oraz wojnę w Afganistanie w 2014 roku. Obu postulatów nie wypełnił[15]. To Donald Trump sfinalizował podpisanie traktatu pokojowego z afgańskimi talibami i po wielokrotnych medialnych sinusoidach zredukował kontyngenty w Iraku i syryjskim Kurdystanie (za co został skrytykowany przez Demokratów i Republikanów)[16]. Ponadto polityka zaangażowania militarnego może mieć różny wymiar – w czasach Obamy zwiększano ilość żołnierzy w Afganistanie, za kadencji Trumpa Waszyngton optuje za anglosaskim prowadzeniem wojen, prowadząc je lokalnymi rękami. Wspiera technologicznie, lotniczo i szkoleniowo lokalne oddziały piechoty. Emanacją tego o czym piszę była koalicja Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF) przewodzona przez Kurdów, krwawiąca się dzielnie na wojnie przeciwko tzw. Państwu Islamskiemu. 

Cieniem na polityce bezpieczeństwa Obamy kładzie się jego bagatelizowanie zagrożenia ze strony ISIS. Dżihadystów tej organizacji porównał do drugoligowych sportowców[17]. Ponadto eksperci amerykańskiego wywiadu w studium „Mapping the Global Future” przestrzegali, że w regionie może narodzić się panarabski kalifat oraz, iż „może napędzić nową generację terrorystów chcących atakować wrogów kalifatu, zarówno wewnątrz, jak i poza światem muzułmańskim”[18].

Bez względu więc na to czy decyzja o wycofaniu wojsk z trwających wojen jest słuszna wojskowo i jakie przyniesie następstwa polityczne (zwłaszcza dla regionu) – rozliczenie z politycznych postulatów jest na korzyść prezydentury Donalda Trumpa. Ma ona wymiar o wiele dalej idących działań realizujących podnoszone postulaty niż w przypadku nagradzanego Obamy. Na geopolitycznej prezydenturze Obamy ciążą dwie nierozwiązane do dzisiaj wojny trwające od 2011 roku (w różnych mutacjach) – Libia i Syria. Interwencja koalicji międzynarodowej w Libii z udziałem USA (bez zgody amerykańskiego Kongresu) doprowadziła do obalenia dyktatura tego kraju Muammara Kaddafiego[19]. Po dekadzie w Libii nadal toczy się wojna, a o władzę rywalizują z jednej strony marszałek Chalifa Haftar (wspierany przez Rosję, Egipt, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Francję), a z drugiej rząd z Trypolisu (GNA) wspierany przez islamistyczne milicje, Turcję oraz Włochy. Libia stała się bazą handlu ludźmi dla grup przestępczych. Z kolei konflikt syryjski, gdzie za kadencji Obamy finansowano sunnickie grupy rebelianckie, zmieniał swoje oblicze, ale nadal się nie zakończył. Donald Trump przeniósł amerykański program wspierania oddziałów zbrojnych w Syrii z arabskich rebeliantów na Kurdów z Rożawy. Jak sam twierdzi podjął taką decyzję, gdy obejrzał film na którym bojówka rebeliancka finansowana za czasów Obamy obcięła nastolatkowi głowę. Kurdowie są przewidywalną, cywilizowaną i zorganizowaną siłą, która w Syrii zwalczała tzw. Państwo Islamskie, oddziały powiązane z Al-Kaidą, ale nie postulowała secesji z Arabskiej Republiki Syryjskiej (a autonomię). W polityce kurdyjskiej w Syrii są pierwiastki polityki realistycznej, rokującej na przyszłość nie tylko dla sprawy narodowej ale i bezpieczeństwa w regionie. W tym wypadku to Trump miał rację, a administracja Obamy popełniła kardynalny błąd[20]. Najlepiej widać to w prowincji Idlib, gdzie ostały się w zasadzie już tylko radykalne oddziały – albo powiązane z Al-Kaidą, albo powiązane z Turcją, będące dla Rosji i Turcji pionkami w zastępczej wojnie o strefy wpływów. Zysk geopolityczny dla Waszyngtonu na tej wojnie wydaje się być zerowy. 

Europa Środkowa a Waszyngton

Podobieństwo polityczne między Obamą i Trumpem dotyczy także tego, że obaj byli kandydatami z marginesu swoich ugrupowań. Barack Obama startował w demokratycznych prawyborach jako niszowy kandydat, tak samo jak w Grand Old Party [GOP – Republikanie – przyp.red] Donald Trump, który był kandydackim koszmarem dla centrali i żelaznego jądra partii. W obu przypadkach właśnie ta pewna antysystemowość nawet w obrębach własnych partii pozwoliła im na sukces. Donald Trump i Barack Obama kwestionowali geopolitykę, którą prowadzili lub której admirowali ich rywale z prawyborczych kampanii. Problem w tym, że tylko przy jednym kandydacie taki układ był korzystny dla Polski oraz Europy Środkowej – przy Donaldzie Trumpie. Barack Obama doprowadzając do tzw. resetu z Rosją stworzył przyjemną dla mediów fasadę, w której odmieniona Moskwa mogła być partnerem na międzynarodowych salonach. Układ polityczny, który zastał wskazywał na coś zupełnie odmiennego. Doktryna Busha by w Europie Środkowej umiejscowić amerykański system obrony antybalistycznej – w teorii skierowany przeciwko Iranowi – w rzeczywistości zwiększający rolę USA w sercu Europy, była korzystna dla Warszawy. Aby to zrozumieć należy spojrzeć na układ sił w regionie. W Europie Środkowej kotłuje się od czterech wielkich koncepcji geopolitycznych: niemieckiej Mittleuropy, rosyjskiej Eurazji, Międzymorzu (np. w formie Trójmorza), oraz hipotetycznemu zwieńczeniu chińskiego Nowego Jedwabnego Szlaku. Pomijając Międzymorze – będąc wpisane w polską podmiotowość – każda z tych konstelacji to inflacja wpływów polskich oraz amerykańskich na kontynencie europejskim. Są więc to między Waszyngtonem a Warszawą działania symbiotyczne. Gdy ścierają się ze sobą płyty tektoniczne powoduje to trzęsienie ziemi. Jeżeli niemiecka koncepcja Mittleuropy wraz z rosyjską Eurazją były w stanie się porozumieć – a tym jest w istocie Nord Stream I i II, to oznacza to, iż nie na korzyść amerykańskiej geopolityki, a z jej nieodłącznym osłabieniem. 

Cóż więc z tego, że Obama był ubóstwiany na europejskich salonach, a Trumpa się wyśmiewa skoro to ten drugi podjął rękawicę o utrzymanie amerykańskiego parasola bezpieczeństwa w Europie Środkowej. Redukcja kontyngentu U.S Army w Niemczech, zwiększenie zaangażowania militarnego w Polsce oraz wsparcie Trójmorza są odwróceniem paradygmatu, który kierował Barackiem Obamą[21]. Pamiętajmy także, że tzw. reset z Rosją był poprzedzony działaniami Federacji Rosyjskiej w Czeczenii i Gruzji, a więc administracja Obamy dysponowała dowodami empirycznymi czym grozi obłaskawianie niedźwiedzia. Przewrotność opinii publicznej z faktami polega także na tym, iż Donald Trump miał być politykiem rusofilskim. Na ile jego osobista fascynacja Władimirem Putinem jest wymysłem dziennikarzy, a na ile prawdą ciężko będzie to rozstrzygnąć. Lewicowy salon lubuje się we wciskaniu Trumpowi – niczym dziecka w brzuch – jego rusofili, czego nie do końca potwierdzają kolejne działania na arenie międzynarodowej. Z drugiej strony „pragmatyczny” Obama mówił prezydentowi Miedwiediewowi, iż sprawa tarczy antyrakietowej może być rozwiązana a anulowanie tego programu ogłoszono 17 września – w rocznicę napaści ZSRR na Polskę, przypadkowo czy nie, był to potwarz dla Warszawy[22]. „Po wyborach będę miał większą elastyczność” – powiedział Obama Miedwiediewowi[23].

Podobnych działań wobec Polski Trump nie uczynił choć badane są związki pomiędzy Rosją a jego poprzednią kampanią wyborczą. Na tej fali zdymisjonowany został doradca ds. bezpieczeństwa Trumpa – Michael Flynn. Zataił on przed wiceprezydentem Mike’iem Pence’em szczegóły swoich rozmów z ambasadorem Rosji w Waszyngtonie Siergiejem Kislakiem[24]. Oczywiście hipotetyczne porozumienie amerykańsko-rosyjskie jest dla Polski niebezpieczeństwem także w erze Trumpa. W ostatnich dekadach mogliśmy jednak zaobserwować, że elity republikańskie są ukształtowane bardziej antyrosyjsko niż Demokraci, że amerykański konglomerat przemysłowo-wojskowy wychowany na rywalizacji z ZSRR, będzie sceptyczny wobec Rosji oraz, że sam Donald Trump – wyniesiony na fali pewnego buntu i renesansu postaw konserwatywnych – przychylniejszym okiem patrzy na rządy państw NATO i bliższych sojuszy wygrywające na podobnych zasadach. Co jednak trzeba odnotować, przysłowiową „achillesową piętą” administracji Trumpa jest nieustanna rotacja na ważnych stanowiskach związanych ze sferą bezpieczeństwa.

Dobre relacje prezydenta Andrzeja Dudy z Donaldem Trumpem nie są przypadkiem, a złe relacje Białego Domu z Emmanuelem Macronem czy Angelą Merkel wpisują się w omawiany układ polityczny. Nazwanie tego „konserwatywną międzynarodówką” czy kontrrewolucją byłoby przesadą, ale sojusz polsko-amerykański przeżywa renesans nie tylko z uwagi na członkostwo w NATO. W grę wchodzą względy (poza geopolitycznymi) partyjne – w Warszawie i USA rządzi prawica, oraz osobiste – Donald Trump jest obiektem ataków lewicowych międzynarodowych mediów, podobnie jak rząd nad Wisłą. Odpuszczenie Trójmorza oznaczałoby, iż Waszyngton bagatelizuje Europę Środkową a na to tylko czekają Chiny – obecnie temat numer jeden amerykańskiej geopolityki. 

Waszyngton a Pekin

Koronnym argumentem w dyskusji geopolitycznych dla prezydenta Trumpa były i są Chiny. Zachodnia globalizacja lat 90’, która miała głównie oblicze amerykańskie, w XXI w. zamieniła się w globalizację azjatycką z wiodącą rolą Państwa Środka. W praktyce oznaczało to likwidację wielu miejsc pracy w USA, wygaszanie produkcji, a nawet recesję we flagowych amerykańskich branżach (np. motoryzacyjnej). Trump jest bardziej biznesmenem niż li politykiem, więc i Pekin w jego kampanijnych narracjach odgrywa ogromną rolę. W optyce Trumpa Chińczycy są po prostu biznesową konkurencją dla Waszyngtonu, którzy prowadzą agresywną politykę i pozbawiają Amerykanów miejsc pracy oraz światowego prymatu. Słusznie na początku 2017 roku raportował Polski Instytut Spraw Międzynarodowych: „Chińska ocena wyników wyborów w USA [wygranej Trumpa – przyp.red] i perspektyw relacji chińsko-amerykańskich ewoluowała od ostrożnego optymizmu po obawy związane z ewentualną nową odsłoną amerykańskiej polityki „zwrotu ku Azji”, w której Chiny mogą zostać postawione w roli głównego adwersarza USA. Oprócz spraw gospodarczych i bezpieczeństwa kwestią sporną staje się Tajwan”[25]. W analizie PISM ciekawe są także te fragmenty, które pokazywały jak bardzo złudne okazało się interpretowanie zapowiedzi politycznych Trumpa jako politykę izolacjonizmu. W tę pułapkę wpadł sam Pekin. „Jako pewnik traktowano fiasko Partnerstwa Transpacyficznego, pozytywnie oceniano zapowiedzi ograniczenia amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa w regionie, szczególnie wobec Japonii. Uznano, że pomimo niepewności co do kształtu polityki zagranicznej nowego prezydenta, wynikającej z jego braku doświadczenia, izolacjonistyczne podejście zwiększy przestrzeń dla chińskich działań. To dlatego zaraz po wyborach w USA Xi Jinping przypomniał swoją propozycję utworzenia strefy wolnego handlu w Azji i Pacyfiku, którą ogłosił na szczycie APEC w Pekinie w 2014 r” – czytamy w analizie. Problem w tym, że następne działania były kubłem zimnej wody na chińskie głowy[26]

W tej samej analizie czytamy, iż „Trump krytykuje Chiny za budowę instalacji wojskowych na Morzu Południowochińskim i za brak pomocy w rozwiązaniu problemów w relacjach z Koreą Północną. Kandydat na sekratarza stanu Rex Tillerson w czasie przesłuchania w Senacie powiedział, że Chiny nie powinny mieć praw do budowanych przez siebie sztucznych wysp na Morzu Południowochińskim i porównał te działania do aneksji Krymu przez Rosję”[27]. Przypomnijmy, że to początek 2017 roku. Potwierdzeniem tych słów był rok 2018 gdy zaczęła się – jak twierdzi wielu ekspertów – wojna handlowa Waszyngtonu z Pekinem. Każda wojna potrzebuje artylerii, w tej największymi działami miały być „taryfy Trumpa” będące częścią gospodarczej polityki „Pierwszeństwo Ameryki”. To co wspomniany Bannon nazywa „trumpizmem”, czyli polityką odbudowy amerykańskiej gospodarki. W ramach „taryf Trumpa” nałożono na chińskie produkty cła i bariery handlowe. Oficjalnym powodem tych działań były „nieuczciwe praktyki handlowe” Chin, w tym „kradzież własności intelektualnej”. Problem w tym, że w ustach Trumpa najgorszym zarzutem wobec Pekinu było „przymusowy transfer amerykańskiej technologii do Chin”. Chińczycy oskarżyli Donald Trumpa o protekcjonizm i oba państwa znalazły się w impasie gospodarczych stosunków. Wojny miewają stan zawieszenia broni i tak 15 stycznia 2020 roku – w dobie kampanii wyborczej Trumpa o reelekcję – Trump z wicepremierem ChRL Liu He podpisali „pierwszą fazę” porozumienia handlowego. Chiny zobowiązały się do zmian w polityce kursowej, lepszej ochrony własności intelektualnej, liberalizacji systemu finansowego. Państwo Środka do końca 2021 roku ma dokonać dodatkowych zakupów amerykańskich dóbr o wartości 200 mld USD, z czego ponad 30 mld USD mają stanowić płody rolne[28]. Co ciekawe, Waszyngton zapowiedział pozostawienie części ceł do „drugiej fazy”. W czasie gdy Liu He siadał z Trumpem do stołu, w Wuhan od miesiąca lekarze informowali o pojawieniu się nowej odmiany groźnego zapalenia płuc. 

„Chiński wirus” dzisiaj inaczej niż w ten sposób Trump nie określa choroby COVID-19. Światowa pandemia stała się momentalnie przedmiotem w geopolitycznej grze między Chinami a USA. Jedną z decyzji Donalda Trumpa było opuszczenie Światowej Organizacji Zdrowia przez USA. „Chiny mają pełną kontrolę nad WHO” – stwierdził[29]. Symbolem zaostrzenia relacji dyplomatycznych w okresie pandemii był los konsulatu chińskiego w Houston. Placówka otrzymała 72 godziny na likwidację. Na dziedzińcu konsulatu zrobiło się szaro od dymu z palonych dokumentów[30]. Wcześniej wszelako, 18 marca, Chiński MSZ ogłosił, że korespondenci trzech największych amerykańskich dzienników – „Wall Street Journal”, „New York Times” i „Washington Post” – tracą akredytacje i nie będą mogli pracować w Państwie Środka[31]. Spirala działań dyplomatycznych w tej rywalizacji się tylko zaktywizowała. Nie jest to zaskakujące gdy przestudiujemy oficjalne amerykańskie opracowania dotyczące bezpieczeństwa. W Strategii dla Indo-Pacyfiku, Strategii Bezpieczeństwa Narodowego i Strategii Obrony Narodowej widać, że chiński rewizjonizm międzynarodowy oraz wzrost hegemonicznej potęgi chińskiego smoka spędza sen z powiek amerykańskim planistom[32].Notabene tezy zawarte we wspomnianych opracowań są żywcem wyjęte z „doktryny Obamy” i polityki sekretarza Obrony Asha Cartera (z czasów Obamy). Wracam, więc do swojej tezy, że między Obamą a Trumpem – w warstwie retorycznej – nie ma aż tak wielu różnic. Tymczasem to lewicowe media twierdzą, że Trump idąc na wojnę z Chinami wywoła światowy konflikt. Czemu tego samego nie pisali o Obamie? Pikanterii obecnej kampanii wyborczej w USA dodaje fakt, że Republikanie nazywają Joe Bidena – swojego kontrkandydata, „pekińskim Joe”. W kampanii furorę robi strona internetowa „beijingbiden.com” w której zebrano wszelkie cytaty Bidena sugerujące, że jest „słaby wobec Chin” czy „schlebia Komunistycznej Partii Chin”[33]. Chiny są więc osią geopolitycznej myślenia współczesnych amerykańskich elit. Co ciekawe, również rozgrywkę Trumpa wokół Korei Północnej można uznać za element amerykańskiej polityki wobec Chin. To „skracanie” frontów przez Waszyngton w przypadku Korei Północnej jest jednoczesnym wejściem na terytorium zarezerwowane w teorii na obszar chińskiej strefy wpływów. 

Donald Trump vs. Iran

Znaczący rozdźwięk między erą Obamy, a erą Trumpa w amerykańskiej geopolityce to stosunek Waszyngtonu do Teheranu. W 2015 roku doszło do rewolucyjnego porozumienia nuklearnego z Iranem (JCPOA). Porozumienie dotyczące kontroli irańskiego programu rozwoju broni jądrowej, zawarto 14 lipca 2015 w Wiedniu, pomiędzy Iranem, a sześcioma mocarstwami – w tym pięcioma nuklearnymi i równocześnie stałymi członkami Rady Bezpieczeństwa ONZ: USA, Rosją, Wielką Brytanią, Francją i Chinami oraz Niemcami. Dodatkową stroną porozumienia została Unia Europejska. Finalnie „odwilż” w relacjach z Teheranem ze strony Zachodu spowodowała obniżenie się cen ropy naftowej na światowych rynkach, a także otwarcie się perskiej gospodarki[34]. Pomógł temu także fakt, że prezydentem Iranu w roku 2013 został reformator Hassan Rouhani zastępując „jastrzębia” irańskiej polityki Mahmuda Ahmadineżada. Obamowskie porozumienie z Iranem przetrwało do 2018 roku, gdy wypowiedział je Donald Trump. Przywrócił także sankcje wobec Teheranu. Zdaniem Trumpa porozumienie „pozwoliło Iranowi na wzbogacenie uranu” oraz nie zapobiegło „działaniom destabilizującym”, czyli terroryzmowi[35]. Wyraźnie zarysowuje się linia różnic między Obamą a Trumpem w definiowaniu zagrożeń na Bliskim Wschodzie. Polityka Trumpa – a zwłaszcza odpowiedzialnego w jego administracji za region MENA Jareda Kushnera – opiera się na dobrych relacjach z Domem Saudów i Izraelem. W grę weszły także silne waśnie personalne między Barackiem Obamą, a izraelskim premierem Benjaminem Netanjahu. Ten ostatni pozwolił sobie podczas przemówienia w amerykańskim Kongresie na krytykę Obamy. Poszło właśnie o Iran (Netanjahu nawoływał do bojkotowania Iranu). Co warte odnotowania, w liberalnych mediach na całym świecie publikowano artykuły uchylające kulisy rozmów o Izraelu w wykonaniu Obamy, gdzie nie szczędził on krytycznych słów Netanjahu. Obama był oburzony między innymi budową przez Izrael żydowskich osiedli na spornych z Palestyńczykami terenach. Trump nie tylko, że nie traktuje tego jako problem ale wręcz „przeniósł” ambasadę USA do Jerozolimy. Okres rządów Obamy stał pod znakiem napięć z Izraelem. Nawet były premiera Izraela Ehud Olmert, na tej kanwie, oskarżył Netanjahu o „wypowiedzenie wojny USA”. 

Relacje polsko-amerykańsko-izraelskie

Media jednak nie zarzuciły Obamie antysemityzmu, ale zrobiły to wobec Donalda Trumpa. „Trump idzie na pełnego antysemitę w sali pełnej Żydów” – tak zatytułowano jeden z artykułów w poczytnym Vanity Fair, gdzie zarzucono Trumpowi antysemityzm. Paradoksalnie, co możemy wyczytać w tym artykule, poparcie społeczeństwa amerykańskich Żydów dla Donalda Trumpa spadło z 33 proc. do 17 proc[36]. Na czym polega ten fenomen? Popierają oni Demokratów – podkreślmy, pomimo ewidentnie proizraelskiej postawy Trumpa i proirańskiej polityki Obamy, liberalne elity w USA opowiadają się za lewicą. Z kolei przykrą dla Polaków kwestią, a dotykającą relacji polsko-amerykańsko-izraelskich jest „ustawa 447” – jak w polskich mediach nazwano Justice for Uncompensated Survivors Today Act of 2017. Dokument ten zupełnie nie uwzględnia historii Polski i Polaków, którzy byli obiektem eksterminacji w okresie II wojny światowej. O ile pomoc ofiarom Holokaustu jest czymś oczywistym i nie budzącym kontrowersji to już nieuwzględnianie polskiego punktu widzenia jest w tym wypadku ahistoryzmem. Ponadto całe przedsięwzięcie jest oceniane jako niezgodne z prawem i raczej ma wymiar polityczny w wewnętrznej amerykańskiej scenie politycznej. W polskich mediach przetoczyła się debata wzbudzająca ogromne emocje a główną kością niezgody w JUST jest sprawa tzw. „mienia bezspadkowego”. Tak sprawę komentowała amerykańska ambasador Georgette Mosbacher: „Powtarzam – ustawa JUST (447) nie nakłada na nikogo żadnych finansowych ani prawnych obciążeń. Jest to jednorazowy raport dla Kongresu USA, którego celem jest analiza postępu prac krajów w zakresie restytucji”[37]. Do sprawy JUST odniósł się premier Mateusz Morawiecki: „Pamiętamy o tragicznych losach polskiego narodu w trakcie II Wojny Światowej, dlatego nie będzie zgody na wypłatę odszkodowań z naszej strony”[38].

Donald Trump a lewica nad Potomakiem

W czasach postpolityki i ogromnej polaryzacji społecznej istotnym elementem warunkującym konkretne rządy jest także ich odbiór w mediach. Nie jest odkrywczym stwierdzenie, że rządy konserwatystów są wypychane na margines międzynarodowej polityki przez lewicowych polityków (świetnie widać to w strukturach lewiatana Unii Europejskiej). Rządy Donalda Trumpa są więc tym dla światowego konserwatyzmu, czym rządy Prawa i Sprawiedliwości w Polsce oraz Fideszu na Węgrzech dla Europy Środkowej, pewnym bastionem przed przyjmowaniem masowym rozwiązań inżynierii społecznej rodem z lewicowych organizacji. Chociaż hedonistyczny tryb życia Donalda Trumpa nie był handicapem by uważać, że ma papiery na konserwatywnego polityka, to już irracjonalna krytyka lewicowych mediów to właśnie z niego uczyniła, Trump stał się symbolem współczesnego konserwatywnego lidera, w głównej mierze dzięki ślepej agresji lewicy. Co pisano o nim w mediach? By odnotować takie kurioza sięgnijmy do artykułu pióra Roberta Paxtona na łamach „HARPERS Magazine” pt. „Amerykański Duce – czy Donald Trump jest faszystą czy plutokratą?”[39]. Otóż, znajdziemy tam, porównywanie wiecu Trumpa do kampanii NSDAP a jego samego do Mussoliniego. Autor zmieszał to z recenzją jego polityki gospodarczej w której – bogaci będą się bogacić. Trump uosabia wszelkie lęki lewicy, aczkolwiek ma ona problem z ich jednoznacznym zdefiniowaniem. Trump więc jest atakowany – by odwołać się do podobnych artykułów – za bycie „faszystą” ale „niesocjalistycznym”. Oczywiście z perspektywy politologicznej brzmi to jak pułapka. Autorzy takich opinii explicite boją się, więc przyznać – faszyzm był jedną z gałęzi wyrosłej z lewicowego pnia. 

Prezydent Joe Biden?

Czy prezydentura Joe Bidena oznaczałaby koniec relacji polsko-amerykańskich? Z pewnością nie. Nie łudziłbym się jednak, iż będą one równie intensywne jak za kadencji Trumpa. O ile sojusz polsko-amerykański jest czymś ponadpolitycznym bez względu na rezydenta Białego Domu, o tyle Donald Trump w swoim politycznym położeniu, pod gradobiciem lewicowych i poprawnie politycznych rządów, jest opcją korzystniejszą. Przyznał to in plicite sam Joe Biden krytykując rządy w Polsce i na Węgrzech, z lewicową manierą rzecz jasna posądzając je o totalitaryzm[40]. Trump szukał sojuszników, którzy podobnie jak on tworzą na arenie międzynarodowej pewien nurt konserwatywny, płacą za ochronę – Polska akurat jest prymusem w NATO pod względem wydatków na obronność względem PKB, a także mogą być przeciwwagą dla chińskich międzynarodowych projektów. Trójmorze jest przeciwwagą dla ostatniego etapu Nowego Jedwabnego Szlaku, innych koncepcji geopolitycznych, ale też przez charakter narodowy, religijny i polityczny (konserwatywny) jest to pewien związek multilateralny zrzeszający państwa i narody skutecznie opierające się lewicowej inżynierii społecznej. Dla Trumpa mogą się liczyć wszystkie wymienione argumenty, dla Bidena będzie liczył tylko ten pierwszy. Jest to więc alternatywa między wzmocnieniem sojuszu polsko-amerykańskiego po więzach nie tylko geopolitycznych ale także ideologicznych a nawet cywilizacyjnych oraz wielką niewiadomą, z łagodnie mówiąc dość nieprzyjemnymi doświadczeniami z „ery Obamy”. 

Oczywiście możemy uznać, że jest pewien konsensus pomiędzy Demokratami i Republikanami względem geopolityki. Spory mogą dotykać politycznej „bieżączki”, ale sprawy międzynarodowe są „świętą” kwestią amerykańskiego mocarstwa. To jednak anachronizm w analizie geopolitycznej nieuwzględniający zmian w myśleniu jaki przyniosła cyfrowa rewolucja. Żyjemy w czasach ogromnych skrajności i konfliktów. Problem w tym, że to za czasów Baracka Obamy w Europie Środkowej całkowicie odwrócono wektory ustalone przez jego poprzednika stawiając na tzw. reset stosunków z Rosją. Wówczas prawą ręką Obamy był właśnie Joe Biden. Cieniem na amerykańskiej geopolityce mogą położyć się także nowe demokratyczne elity. Pomijając zamieszki uliczne o jednoznacznie lewicowym charakterze pamiętajmy, że za ruchem BLM stoją takie osoby jak Opal Tometi, która uczestniczyła w wizycie studyjnej w Wenezueli zachwalając lokalny rząd[41]. Z kolei kongresmenka Rashida Tlaib nazwała prezydenta Trumpa w wulgarny sposób[42]. Nowe lewicowe elity amerykańskie uległy podobnej antycywilizacyjnej erozji jak ich odpowiedniczki w zachodniej Europie. Nie ma pewności, iż wspomniane elity mają świadomość wagi własnego państwa w strukturze światowego bezpieczeństwa. Ale to wszystko i tak pozostaje w rękach amerykańskich wyborców. 

Michał Bruszewski

Publicysta geopolityczny, autor książki „Kronika Prześladowanych” i reportaży o pomocy humanitarnej Kościoła katolickiego w Iraku i na wschodniej Ukrainie. Felietonista Tygodnika Solidarność (tysol.pl). Wieloletni członek Stowarzyszenia KoLiber oraz innych organizacji pozarządowych o profilu konserwatywnym. 


[1] Książki autorstwa Michaela Wolffa to „Ogień i furia” oraz „Trump – pod ostrzałem”

[2] Książka autorstwa Johna Boltona to „The Room Where It Happened: A White House Memoir”

[3] Za: http://frondalux.pl/swiat-nie-istnieje/

[4] Dane za: www.sipri.org

[5] Cyt. za: https://www.factcheck.org/2016/09/obamas-war-stance-revisited/

[6] Cyt. za: transmisja debaty na kanale CBSN: https://www.youtube.com/watch?v=H4ThZcq1oJQ 

[7] Cyt. za: artykuł „Trump Is Right to Be Antiwar” na www.cato.org

[8] Dane za: Syryjskie Obserwatorium Praw człowieka, syriahr.com

[9] Moja analiza Wiosny Arabskiej znajduje się w książce „Kronika Prześladowanych”

[10] Cyt. za: https://tvn24.pl/swiat/reset-obamy-rosja-zyskuje-a-kto-traci-ra172307-3526697

[11] Cyt. za: https://www.brookings.edu/blog/up-front/2014/12/04/the-budapest-memorandum-and-u-s-obligations/

[12] Za: https://time.com/5548013/trump-allies-pay-cost-plus-50-troops/

[13] Za: https://www.whitehouse.gov/briefings-statements/remarks-president-trump-death-isis-leader-abu-bakr-al-baghdadi/

[14] Cyt. za: „USA wobec Bliskiego Wschodu od Baracka Obamy do Donalda Trumpa”, Krakowskie Studia Międzynarodowe, XV: 2018 nr. 3, autorstwa Katarzyny Czornik, str. 175

[15] Ibidem

[16] Za: https://www.businessinsider.com/republicans-former-us-officials-slam-trump-abandoning-kurds-in-syria-2019-10?IR=T

[17] Za: https://eu.usatoday.com/story/opinion/2014/08/05/al-qaeda-islamic-state-is-isis-obama-column/13622585/

[18] Cyt. za: „Fiasko: amerykańska awantura wojenna w Iraku, 2003-2005” autorstwa Thomasa E. Ricksa, str. 455

[19] Za: https://www.theatlantic.com/politics/archive/2012/09/how-obama-ignored-congress-and-misled-america-on-war-in-libya/262299/

[20] Za: https://www.nytimes.com/2017/07/19/world/middleeast/cia-arming-syrian-rebels.html

[21] Za: https://www.militarytimes.com/news/your-military/2019/06/12/its-not-fort-trump-but-a-us-division-headquarters-heading-to-poland/

[22] Za: United  States  Government  Accountability  Office,  “Ballistic  Missile  Defense.  Actions Needed to Improve Planning and Information on Construction and Support Costs for Proposed European  Sites”, s. 22.

[23] Cyt. za: https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/605865,podsluchana-rozmowa-obamy-z-miedwiediewem-o-tarczy-antyrakietowej-to-moze-byc-rozwiazane.html

[24] Za: https://www.newsweek.pl/swiat/michael-flynn-byly-doradca-donalda-trumpa-zatail-wynagrodzenie-od-rosyjskich-firm/4tlf5yq

[25] Cyt. za: „Chińska perspektywa stosunków z USA za prezydentury Donalda Trumpa”, Biuletyn PISM, NR. 4, 16 stycznia 2017 roku, autorstwa Justyny Szczudlik

[26] Ibidem

[27] Ibidem

[28] Za: https://strefainwestorow.pl/artykuly/wydarzenia/20200115/usa-chiny-wojna-handlowa

[29] Cyt. za: https://www.politykazdrowotna.com/59917,donald-trump-zrywamy-relacje-z-who

[30] Za: https://www.bbc.com/news/world-us-canada-53497193

[31] Za: https://www.nytimes.com/2020/03/17/business/media/china-expels-american-journalists.html

[32] Dane za: www.whitehous.gov

[33] Za: https://www.theguardian.com/world/live/2018/may/08/iran-nuclear-deal-donald-trump-latest-live-updates

[34] Ibidem

[35] Cyt. za: https://www.pap.pl/aktualnosci/news,1403625,trump-wycofuje-usa-z-porozumienia-nuklearnego-z-iranem-wprowadza-sankcje.html

[36] Za: https://www.vanityfair.com/news/2019/12/donald-trump-anti-semitic-remarks

[37] Cyt. za: https://www.rp.pl/Polityka/305139910-Ustawa-447-Ambasador-Mosbacher-uspokaja-sojusznikow.html

[38] Cyt. za: https://www.tvp.info/42486314/premier-na-twitterze-nie-bedzie-zgody-na-wyplate-odszkodowan-z-naszej-strony

[39] Za: https://harpers.org/archive/2017/05/american-duce/

[40] Za: https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114881,26417427,joe-biden-porownal-polske-i-wegry-do-bialorusi-jest-reakcja.html

[41] Za: https://www.breitbart.com/politics/2020/06/13/black-lives-matter-founder-an-open-supporter-of-socialist-venezuelan-dictator-maduro/

[42] Za: https://www.rollingstone.com/politics/politics-news/tlaib-trump-motherfucker-774901/