Odszedł Wielki Libertarianin

W ostatnią sobotę, 28 czerwca 2008 roku zmarł Vincent Miller, założyciel organizacji International Society for Individual Liberty, niezmordowany orędownik sprawy wolności. Odszedł wielki bojownik o ludzką wolność, o wyrwanie się spod jarzma państwa, a przy tym wielki umysł i bardzo skromny człowiek.

W ostatnią sobotę, 28 czerwca 2008 roku zmarł Vincent Miller, założyciel organizacji International Society for Indyvidual Liberty, niezmordowany orędownik sprawy wolności. Odszedł wielki bojownik o ludzką wolność, o wyrwanie się spod jarzma państwa, a przy tym wielki umysł i bardzo skromny człowiek.

Vincent Miller na rzecz wolności pracował ciężko blisko 40 lat. Był jednym z założycieli kanadyjskiej Partii Libertariańskiej, w 1980 roku założył coś na wzór międzynarodówki libertariańskiej ? Libertarian International. W 1989 roku LI przekształciła się w ISIL ? International Society for Indyvidual Liberty jednocząc różne odłamy libertariańskie z całego świata. W 1980 roku otworzył również libertariańską księgarnię w centrum San Francisco, z której został po kilkunastu latach wywłaszczony przez władze miejskie, które oddały następnie budynek homoseksualnym aktywistom, którzy utworzyli tam ?gejowski klub?. Ostatnio Vincent Miller wyłożył z własnej kieszeni kilkadziesiąt tysięcy dolarów, aby odkupić podupadający Laissez Faire Books i rozpoczął odbudowę księgarni.

Jeszcze miesiąc temu był jednym z głównych mówców na libertariańskiej konwencji w Denver. Kilka dni po niej lekarze wykryli bardzo rzadką chorobę skóry. W szpitalu dopadło go jeszcze zapalenie płuc.

Vincent Miller miał być na konferencji libertarian w Warszawie, jaka miała miejsce w ostatni weekend czerwca. Niestety, nie dojechał na nią.

Miałem wielkie szczęście, że dane mi było poznać Vincenta Millera osobiście. Po uroczystej kolacji na jednej z wolnościowych imprez w Atlancie podszedł do mnie Glenn Cripe i powiedział, że koniecznie muszę kogoś poznać. Przedstawił mnie Millerowi i jeszcze jednemu członkowi ISIL. Poszliśmy na piwo i od razu poczułem, że mam właśnie do czynienia z tym duchem wolności, którego w Ameryce szukałem.

Tym bardziej, że konferencją Heritage Foundation byłem rozczarowany pod każdym względem. Spotkanie z Vincentem Millerem było w tym sensie znalezieniem tego, po co przybyłem do Stanów Zjednoczonych. Rozmawialiśmy i piliśmy piwo pół nocy, gorąco dyskutując. Vincent był zachwycony tym, że w Polsce rośnie kolejne pokolenie libertarian, bo jak mi mówił, pamiętał swoją wizytę w 1992 roku w Polsce, gdzie spotkał się m.in. z Januszem Korwinem-Mikke. Zadał pytanie, czy człowiek, który ma w swoim domu portret wyrzucanego za kołnierz Marska, wciąż żyje? Odpowiedziałem, że naturalnie, skąd w ogóle takie pytanie. A Vince na to, że nigdy nie zapomni tego jak jechali z Józefowa na lotnisko Okęcie po warszawskich ulicach 140-150 km/h i oczywiście bez pasów. Byłem pewien, że ten człowiek już dawno temu rozbił się ? powiedział śmiejąc się.

Bardzo się ucieszył, że w Polsce będzie obóz językowy, na który zresztą się wybierał. Podczas wycieczki po Atlancie mieliśmy kilka godzin, żeby porozmawiać na temat naszej wspólnej pasji ? książek. Zdążyliśmy nawet ułożyć klasyfikację książek, które koniecznie trzeba będzie wydać w Polsce. Można ją zresztą nazwać w tej chwili rankingiem Vince?a Millera.

W sobotę otrzymałem sms?a od Glenna Cripe?a, że jest w Warszawie i żebyśmy się koniecznie spotkali. Odpisałem, że naturalnie, pójdziemy na obiad i jeśli jest z nim Vince to koniecznie, żeby wziął go ze sobą. Odpisał tylko, że Vince?a nie ma w Warszawie. Dopiero podczas spotkania powiedział mi, że kilka minut przed moim sms?em otrzymał wiadomość o jego śmierci.

Vincent Miller nad wszystko na świecie kochał wolność. W testamencie poprosił o skromny pogrzeb, a zamiast kwiatów i pamiątkowych wieńców, zachęcił do wsparcia czekiem ISIL. Nawet z tamtego świata Vincent nie zapomniał o ideałach, którym poświęcił całe swoje życie.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

za: www.pafere.org