Jacek Jasiński: Uroniłem łzę w sylwestrową noc (ale tylko jedną)

Kilka dni przed Wigilią Bożego Narodzenia świat obiegła wieść tak podła i okropna, że co słabsi na zdrowiu na samą myśl z miejsca składali swe truchła w drewniane pudła.

Umarł wszak wielki wódz, mąż stanu i cudotwórca, przed którym kwiecie rozkwitało paletą barw w środku zimy, a woda wytryskała ze skały na pustyni. Mistyczne bóstwo komunizmu, któremu jeszcze znakomitszy ojciec nadał imię Kim Dzong Il, wyzionął ducha, pozostawiając bezbronną trzódkę na pastwę losu. Został on zamordowany przez największego wroga komunizmu, który z 700% pewnością kolaborował z zepsutym światem imperialnego zachodu. Zabiło go serce… Nikt nie ma wątpliwości, że wróg ten, symbolizujący miłość i pokój, od dziesięcioleci planował zamach na ojca narodu Północnej Korei. Przeniknął przed wieloma laty w najbliższe otoczenie ukochanego Kima i działając w ukryciu udawał najlepszego przyjaciela, by zadać cios brutalny i okrutny w najmniej oczekiwanym momencie. Po świecie zaś rozlała się fala niewypowiedzianego smutku i bezbrzeżna krynica łez. Mieszkańcy Korei Północnej szlochają do dziś nawet przez sen, a najtwardsi rycerze koreańskiej komuny kwilą z żalu niczym dzieci. Cóż to była za potworna siła, która odebrała im wizjonera i podporę narodu?!

Niech się jednak nie trwoży zagubiony lud! Wódz pozostawił dziedzica! Pierwej rodny  z całą pewnością ujmie sztandar czerwony w dwie silne dłonie i godnie przejmie dziejową misję ojca i dziada, dumnie prowadząc swych współplemieńców do zwycięstwa nad miłością i pokojem. Zrobił już nawet pierwszych kilka kroków w tym pochodzie – przespacerował się ulicami stołecznego miasta Phenian, wożąc zwłoki nieodżałowanego Kim Dzong Ila na pokładzie sędziwego ZIŁa o radzieckim rodowodzie. Wierni mieszkańcy zasłużyli przeto, by móc we łzach histerii żegnać króla dobrodzieja. Wieko trumny się zamknęło i czas zawiwatować „Niech żyje nowy król!!”! Można mieć więcej jak pewność, że ów nowy król, dziedzicząc geny wielkich przodków, nie splami honoru rodu i z równie wielkim zapałem, co dziad i ojciec, uszczupli ukochany lud o kilka istnień….

Ja zaś w sylwestrową noc pomyślałem, że rok 2012 będzie czasem bez Kim Dzong Ila i jego ekscesów… popłynęła mi literalnie jedna łza. Nie była to jednak łza smutku za zmarłym przywódcą, bo jak tu się smucić, że umiera ten, którego sumienie według szacunków obciążała śmierć milionów? Uświadomiłem sobie po prostu, że o poranku 1 stycznia światowy miernik komunizmu nie będzie nawet o milimetr niższy, bo śmierć jednego demona rodzi kolejne, a marksistowskie opium jest tak silne, że wyrwanie ludzi z kajdan tej zarazy graniczy z cudem….

Z tym optymistycznym akcentem życzę wszystkim czytelnikom światowego cudu na rok 2012!

Jacek Jasiński– prawnik, zdecydowany antykomunista, członek Centralnej Komisji Rewizyjnej i nowy opiekun Bloga Stowarzyszenia KoLiber.