Według wciąż nieoficjalnych, ale już pewnych wyników brytyjskiego referendum, większość głosujących opowiedziała się za opuszczeniem przez Zjednoczone Królestwo Unii Europejskiej. Nie powinien to być dla nas powód ani do wielkiej radości, ani do wielkiej trwogi. Nasze władze i dyplomacja powinny się jednak przygotować do nowej sytuacji, która będzie od nich wymagała rozsądnego i stanowczego postępowania.

Przede wszystkim trzeba podkreślić, że wynik referendum nie oznacza wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Po pierwsze sama taka procedura potrwa co najmniej kilka lat. Do tego wynik referendum nie jest prawnie wiążący. Zapowiedź podania się do dymisji premiera Davida Camerona oznacza, że nowo powołany rząd nie będzie tak bardzo związany wynikiem referendum. Prawdopodobnie Wielka Brytania zacznie wkrótce grę z Unią Europejską, podczas której, powołując się na wyniki referendum, będzie żądać kolejnych ustępstw, ale w UE jednak zostanie. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że w przeciwnym razie samemu Zjednoczonemu królestwu grozi rozpad, ponieważ w Szkocji czy Irlandii wyjście z UE ma wielu przeciwników i w obu krajach pojawiła się zapowiedź możliwego odłączenia od Wielkiej Brytanii w przypadku jej wyjścia z UE.

W Polsce w kontekście decyzji Brytyjczyków niesłusznie na pierwszy plan wysuwa się kwestię pracujących na Wyspach Polaków. Po pierwsze, Polacy pracują również w krajach nienależących do Unii Europejskiej, ale będących członkami Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (w razie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej – taki prawdopodobnie stanie się jej status) np. w Norwegii. Po drugie, powinniśmy uszanować prawo Brytyjczyków do rozstrzygania takich kwestii jak zatrudnianie obcokrajowców. Po trzecie wreszcie, z polskiego punktu widzenia masowa emigracja nie jest wcale korzystnym zjawiskiem. Osobom pracującym w Wielkiej Brytanii nic złego się nie stanie, prawdopodobnie zostanie zmniejszona możliwość zatrudnienia tam kolejnych Polaków. Ta ostatnia kwestia i zasady, na jakie swoboda podejmowania pracy w UK zostanie zmieniona, będą zależeć, w razie ostatecznego wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, od dwustronnej umowy podpisanej między państwami.

Dużo istotniejszą kwestią z naszego punktu widzenia jest to, jak w dalszym ciągu będzie kształtowała się polityka UE. Trzeba przyjąć dwa scenariusze – pierwszy opisany wyżej (Wielka Brytania pozostaje w UE w zamian za liczne ustępstwa), oraz drugi, w którym UK jednak opuści dość szybko Unię Europejską. W obu przypadkach bardzo wiele będzie zależeć od polityki polskiego rządu i dyplomacji oraz od tego, czy będzie ona odważna i zdecydowana. W pierwszym, korzystniejszym dla nas wariancie, powinniśmy się podpiąć (najlepiej z grupą innych państw) pod korzystne dla nas kwestie, które wywalczy dla siebie Zjednoczone Królestwo. Wielka Brytania pozostanie wówczas największym hamulcowym biurokratyzacji i federalizacji UE, a Polska powinna stać tuż za jej plecami i żądać dla siebie takich samych warunków członkostwa, jakie wywalczą Brytyjczycy. W drugim wariancie będzie dużo trudniej. Reakcją Niemiec i unijnych biurokratów na wyjście Wielkiej Brytanii z UE będzie zapewne (wbrew wszelkim zasadom logiki, ale to chyba nie powinno nikogo dziwić) próba zwiększenia federalizacji UE, jej biurokratyzacji oraz wpływu na politykę wewnętrzną państw członkowskich. W takim wariancie, Polska powinna bardzo szybko zbudować blok państw sprzeciwiających się takiej polityce UE i nie tylko zostać pierwszym hamulcowym, ale również zażądać zmiany warunków obecności w unii. W obu opisanych wariantach potrzebni są nam sojusznicy. Ich pozyskanie może być o tyle łatwiejsze, że w wielu państwach narasta opór przeciwko narzucaniu przez Brukselę zbyt wielu rzeczy państwom narodowym (kwestia uchodźców, umowy TTIP, czy szeregu regulacji gospodarczych). Polska dyplomacja musi tu jednak oderwać się całkowicie od wszelkiego rodzaju kompleksów i odważnie zainicjować, a następnie przewodniczyć takiemu reformatorskiemu blokowi państw.

Unia Europejska wymaga bowiem zdecydowanych reform. W scenariuszu idealnym i nierealnym dziś do dymisji podaliby się wszyscy najważniejsi politycy UE, a Bruksela skończyłaby z rządami postkomunistów i uczestników rewolucji 1968 roku i wróciła do swoich początków, kiedy była strefą wolnego handlu oraz przepływu osób i towarów, opartą na wartościach europejskich – chrześcijaństwie, prawie rzymskim i greckiej filozofii. Na takie zmiany nie mamy jednak co liczyć. Mimo iż wyniki brytyjskiego referendum są kolejnym sygnałem, że obecny model UE jest zły, to jej przywódcy nadal nie potrafią tego przyjąć. I tak jak mają w zwyczaju, na kłopoty wywołane nadmiarem regulacji reagują nowymi regulacjami – tak w tym przypadku możemy się spodziewać tylko przyśpieszenia w brnięciu w dotychczasową politykę. Jeśli z projektu UE coś ma pozostać, to musi ona przejść gwałtowne reformy i wrócić do źródeł. W przeciwnym razie szybko projekt ten zostanie pogrzebany na śmietniku historii.

Z konserwatywno-liberalnego punktu widzenia Wielka Brytania to dziwne państwo. Mimo rozwiniętej polityki socjalnej, w kwestiach przedsiębiorczości i wolności gospodarczej to niemal wzór do naśladowania. Do tego na plus dochodzi z pewnością duża świadomość własnej niepodległości. Minus to kompletna degrengolada moralna i przyjmowanie wszelkich antyludzkich, postępowych wymysłów. Ale akurat brexit związany jest tylko z tą pierwszą kwestią. Brytyjczycy mają dość ciągłego sterowania gospodarką przez Brukselę i wtrącania się w ich sprawy, te bardzo ważne, i te mniej ważne. I to pomimo zachowania w ramach UE dużo większej suwerenności niż w przypadku Polski. Bez UE powinno im być łatwiej się rozwijać.

Przed nami duże przyśpieszenie w polityce UE i jej członków. Niezależnie od tego, który z opisanych wyżej wariantów się spełni, bardzo wiele zależy od tego, czy nasz rząd i dyplomacja zdadzą nadchodzący egzamin, a więc uczynią z Polski państwo podmiotowe i dążące do radykalnej reformy UE, czy też nie będą robić nic, żeby za bardzo nie podpaść czy to Berlinowi i Brukseli, czy np. opinii publicznej. Jeśli ten egzamin zostanie zdany, to niezależnie od tego czy brexit skończy się rzeczywistym wyjściem Wielkiej Brytanii z UE, czy też nie, datę 23 czerwca 2016 r. uznamy za dobrą w historii Polski. Oby tak się stało, choć mam nadzieję graniczącą z przekonaniem, że w tym tygodniu ważniejszym wydarzeniem z punktu widzenia gospodarczego i politycznego Polski były poniedziałkowe rozmowy polsko-chińskie, a nie decyzja Brytyjczyków. Ale to już temat na inny komentarz.

Marcin Sobiczewski
Centrum Analiz KoLibra